Siedziała na podwórku z wystawioną twarzą do słońca. Robiło się coraz cieplej i spokojnie można było przebywać na dworze. Noszenie krótkiego rękawka w kwietniu, to naprawdę fenomen. Nudziło jej się w domu, więc postanowiła zrobić na dworze wiosenne porządki. Pogoda była idealna. Złapała za łopatę i zaczęła pakować wszystkie zebrane śmieci do worka. Spędziła tu kilka godzin, ale dzięki temu czuje się wyśmienicie. Dotleniła się, nabrała nowej energii i dzień stał się piękniejszy. Oderwała się od uczelnianej codzienności, która szybkim krokiem zbliża się ku końcowi. Związała worki sznurkiem i odłożyła narzędzia pracy. Ogarnęła wzrokiek niewielkie podwóreczko i kiwnęła z zadowolenia głową. Odwaliła kawał dobrej roboty. Należy jej się jakaś nagroda w postaci kisielu z mrożonymi owocami. Zdjęła brudne rękawiczki i schowała je do szopki. Otrzepała ubranie i ostatni raz popatrzyła na podwórko. To jest to. W kieszeni poczuła wibracje. Szybko wyciągnęła telefon i ukazał jej się messenger. Ktoś do niej dzwoni. Szeroko się uśmiechnęła i nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Hej. - przywitała się radośnie
- Hello. - rozbrzmiał się jego wesoły głos - Co tam u Ciebie?
- Bardzo dobrze. Właśnie skończyłam sprzątać podwórko. Popatrz. - szybkik kliknięciem zmieniła kamerkę z przedniej na tylną - Spędziłam tu połowę dnia i tak się dobrze bawiłam.
- No, wygląda świetnie. - uśmiechnął się - Z resztą tak jak ty.
- O dzięki. - zaczęła się śmiać - A ty za to zmizerniałeś - powróciła z kamerką na jej twarz - Mów co u Ciebie.
- Jakoś leci. Mam sporo pracy i nauki. Mówię Ci, jak tu jest super. Ten sprzęt i kadra naukowa, to coś nie do pomyślenia. - był zafascynowany - Ale ciężko mi jest. Tak daleko od domu i bliskich. To jest najgorsze. Nie mogę się doczekać kiedy przyjadę do Polski.
- Dasz radę Józek. - puściła mu oczko - Właśnie spełniają się Twoje marzenia.
- O tak. - westchnął
Usłyszała po jego stronie inne głosy. Spojrzał nad telefo i wymienił z kimś parę słów.
- Muszę kończyć. - przeniósł wzrok na nią - Badania czekają.
- Oczywiście, leć!
- Fajnie było Cię zobaczyć. Mam nadzieję, że za niedługo znowu się usłyszymy.
- Na pewno. - uśmiechnęła się - Pa Józek. Trzymaj się i powodzenia.
- Dziękuję. Pa. Buziaczki.
- Buziaczki. - radosna nacisnęła czerwoną ikonkę.
Ten jego uśmiech... Ciągle ma go w głowie. Dobrze go widzieć takiego radosnego. Chyba nigdy nie widziała takiej radości z jego strony. W końcu spełnia swoje marzenia, który przyszły tak nagle i niespodziewanie, że może się to wydawać jak historia z książki albo filmu. Tęskni za nim nadal, ale już sobie poukładała wszystko i wie na czym stoi. Obiecała sobie, że robi sobie przerwę od facetów i nie pakuje się w jakieś nowe znajomości, bo to nie kończy się najlepiej.
Wróciła do domu i szybko umyła ręce. Nastawiła wodę na gazie i zabrała się za poszukiwania torebki z proszkiem, który w efekcie zmieszania z gorącą wodą, da jej wymarzony kisiel. Długo jej to nie zajęło i wyciągnęła o smaku truskawkowym. Przyszykowała kubek i z zamrażarki wyciągnęła truskawki i maliny. Wrzuciła po kilka na dno i z powrotem je schowała. Po co tyle wody nalała do czajnika, skoro chce zrobić tylko kisiel? I teraz musi czekać wieczność. W międzyczasie włączyła telewizor i po ciężkim boju znalazła coś, co może ją zaciekawić. Gwizd czajnika wyrwał ją z zadumy i szybko pobiegła go wyłączyć. Zalała biały proszek i energicznie mieszała zawartość. Po chwili jej posiłek był gotowy. Zadowolona usiadła na kanapie i wzięła się za jedzenie. Minus był taki, że kisiel był gorący i każdą łyżeczkę musiała dmuchać. Jeszcze dobrze połowy nie zjadła, a tu w powietrzu zaczął roznosić się dźwięk syreny i jej telefonu.
- No nieee. - jęknęła i szybko wpakowywała kolejne łyżeczki do buzi - Walić to.
Do pokoju wbiegł Robert.
- Nie idziesz? - zapytał
- No już, tylko zjem. Głodna jestem.
- Okej.- wzruszył ramionami i pobiegł dalej
Słyszała jak bierze klucze do remizy i trzaska drzwiami. Dobra, już chyba podjadła. Wstała ociężale z kanapy i ruszyła do przedpokoju. Nałożyła na stopy buty i spokojnym krokiem opuściła mieszkanie. Już powoli się zbierali, to przeszła do truchtu, żeby załapać się na skład. Podbiegła do remizy i zobaczyła, że jest ich czterech. No i super. Na luzie podeszła do swojej szafki i zaczęła się przebierać. Każdy kto wbiegał krzyczał cześć i w taki oto sposób się witali. Z rozpiętą kurtką i hełmem w dłoni wyszła na zewnątrz.
- Co tam się dzieje? - zapytała Piotrka
- Pożar kantyny. - odpowiedział
Kantyna jest to zbiornik wodny w miejscowości niedaleko ich. Na kantynie już niejeden zginął. Są tam tylko ścianki do skakania, a nie ma jako takiego wybrzeża gdzie można by się rozłożyć z kocami. Otoczona jest dookoła wysokimi skałami. Żeby do niej dojść trzeba wspiąć się na wzgórze, które właśnie się paliło.
Uwielbiała jeździć wozem do akcji. Te dźwięki syren i adrenalina. Czas szybko mija, wszystko się ustala, ale jaka by nie była akcja, to i tak zawsze znajdzie się miejsce na żarty.
Wjeżdżając do wioski widzieli wielkie kłęby dymu. Każdy wiedział, że będzie to gruba akcja. Naciągnęła na głowę kominiarkę i założyła hełm. Stara się dbać o swoje zdrowie jak tylko może. Dojechali na miejsce, gdzie działała już jedna jednostka. Szybko wyskoczyli i ogarnęli teren akcji. Paliło się całe wzgórze, od samego dołu do samej góry. Ustalili z dowódcą tamtych, że będą podawać im wodę, bo im już się kończy. Z Robertem wzięła tłumicę i zaczęli wdrapywać się na górę. Gdzie znaleźli jakiś ogień, to zaraz go gasili. Było bardzo ciężko. Było gorąco, a oni dużo musieli się namachać. Słyszała swój szybki, ciężki oddech, który hamowała przyłbica. Nie miała już sił. Chciała wziąć głęboki wdech, ale nie mogła, bo dookoła niej było pełno dymu. Oczy ją szczypały i myślała, że zarz zemdleje. Chyba po raz pierwszy dopadł ją strach. Nie mogła oddychać. Próbowała uspokajać się i szybko przebijała się, tam gdzie nie ma dymu. Gdy tylko znalazła się w takiej strefie, zsunęła kominiarkę z nosa i szybko oddychała. Przysiadła na jakiejś skarpie i rozpięła nomex. Musiała pozbierać się do kupy. Robert dalej walczył.
- Młody, siadaj. - krzyknęła do niego
Popatrzył na nią zmęczony i bez słowa zajął miejsce koło niej.
- Masakra. - mruknął i położył się
- No. - kiwnęła głową i spuściła głowę
Zza krzaków wyłonił się strażak z państwówki. Dowódca.
- Ściągnijcie sobie góry. - zawrócił się do nich
- Nawet na to nie mam siły. - zaśmiała się i dalej siedziała
Posiedzieli jeszcze chwilę i stwierdzili, że wrócą do swoich.
Kiedy schodzili, niedaleko nich dwóch z państwówki wspinało się na górę z wężem. Popatrzyła na jednego i zamarła. To on. Nie mogła od niego oderwać wzroku. Na szczęście on ich nie widział. Ciągle miała jego twarz przed oczami i zamyślona dotarła do swoich. Szybko dopadła wody i zaczęła pić. Marzyła, żeby się ukryć w wozie i go nie spotkać. Tak też zrobiła. Wszystko do niej wróciło. Ta ich wspólna akcja, jak spali przytuleni do siebie, te jego oczy. Chciało jej się płakać. Dobrze, że jej jednostka była na wylocie i często jeździła po wodę. Wiedziała, że już go nie spotka.
Akcją dobiegała końca, wóz państwówki już odjechał, jest bezpieczna.
- Ej, a gdzie jest jeszcze jedna tłumica? - zapytał Piotrek
- Ja swoją przyniosłem. - oznajmił Robert
- Kurde. Chyba zostawiłam ją na górze. - westchnęła - Pójdę po nią.
- Siora, ja pójdę. - zaoferował się Robert
- Ty odpoczywaj, musisz dbać o nogę. - puściła mu oczko i udała się w podróż
Szła powoli, nigdzie się nie spiesząc. Patrzyła jaki duży obszar był objęty pożarem. Masakra jakaś. Że komuś chce się tak podpalać. Odnalazła miejsce w którym siedzieli. Zza jej pleców usłyszała szelest krzaków. Odwróciła się, żeby sprawdzić kto to.
- Cześć. - powiedział patrząc na nią przelotem i szedł dalej przed siebie
Ona stała jak wryta. Do oczu naleciały jej łzy i cała się gotowała. Sama siebie zaskoczyła i wybuchła.
- Tak, teraz też mnie zostaw bez żadnego słowa. - mówiła łamiącym się głosem - W ogóle udawaj, że mnie nie znasz. Jesteś cholernym dupkiem.
Szybko się odwróciła i dopadła do tłumicy. Była cała roztrzęsiona. Wzięła głęboki wdech i podniosła ją z ziemi. Przetarła dłonią wilgotne oczy i odwróciła się w kierunku zejścia. Wpadła na kogoś. To był on. Te niebieskie, duże oczy pozna wszędzie. Chwycił w dłonie jej twarz i delikatnie złączył ich wargi. W jej ciele coś eksplodowało. W brzuchu coś świdrowało, nogi zrobiły się jak z waty. Czas dookoła niej stanął w miejscu. Żyła tylko tą chwilą. Czuła tylko jego miękkie wargi na jej. Ciepło i zapach jego ciała. Tak dobrze je pamiętała. Szybko przerwał tą chwilę. Odsunął się od niej ciągle wpatrując się w jej oczy.
- Zadzwonię później. - oznajmił i zaczął iść w dół wzgórza.
Stała tam w bezruchu. Nadal do niej nie dociera, co tam się wydarzyło. Dlaczego tak szybko odszedł? Chce go jeszcze! Czuła się tak wspaniale, jak nigdy dotąd. Chciała skakać i krzyczeć z radości. Automatycznie na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Musi wracać. Przez całą drogę przypominała sobie smak jego warg, głębię jego oczu. Nie mogła dać chłopakom poznać po sobie, że coś się wydarzyło. Kilka metrów przed nimi zmieniła wyraz twarzy na zmęczony.
- Mam. - podniosła do góry zdobycz i delikatnie się uśmiechnęła
Kilka metrów obok stał wóz państwówki. W tedy pewnie podjechali z drugiej strony po sprzęt i teraz znowu tu wrócili. Czuła na sobie jego wzrok, ale nie popatrzyła w ich stronę, chociaż bardzo chciała.
- Jeszcze zatankujemy się tutaj. - oznajmił Piotrek gdy wszyscy wsiedli do wozu.
Podjechaliśmy pod hydrant i z automatu każdy wyskoczył. Wzięliśmy węża i podłączyliśmy szybko. Ona przysiadła na jakimś murku ogrodzenia i podparła głowę na rękach. Znowu zaczęła myśleć o Michale. Gdy tylko o nim myślała, w jej ciele robiło się ciepło i czuła te motyle w brzuchu. Zobaczyła jak pspesiaki podjeżdżają koło nich i wysiadają z wozu.
- My zatankujemy się po was. - oznajmił ich dowódca
Szybko odszukała go wzrokiem, ale chyba był po drugiej stronie. Nagle wyłonił się zza czerwonej strzały i otworzył skrytkę, żeby móc usiąść na podeście. Przez chwilę ich wzroki się spotkały, ale nie chcieli dać po sobie coś poznać, że coś się wydarzyło. Tak chciałby się do niego przytulić. Siedziała tam tak z dala od reszty załogi. Oni jak zwykle gadają na tematy, na których ona się nie zna.
- Co tak smutna siedzisz? - zagadnął do niej strażak siedzący koło Michała
Przeniosła na nich wzrok i podniosła brew.
- Nie jestem smutna. - szybko odparła - Jestem bardzo szczęśliwa - To wypowiadając popatrzyła na Michała
- Jakoś tego po Tobie nie widać. - zaśmiał się tamten
- Zmęczona jestem, okej? - zaczęła się śmiać - W odróżnieniu od was, ja się namachałam.
- Słucham? - zmrużył oczy
- No przecież żartuję. - puściła mu oczko
Michał siedział cicho i tylko od czasu do czasu na nią popatrzył. Tak marzyła, żeby usiąść koło niego i oprzeć głowę o jego ramię.
- Co ty się tak cieszysz siostra? - podszedł do niej Robert
- Ja cieszę?
Zdała sobie sprawę, że siedziała z uśmiechem na twarzy, chociaż z nikim nie rozmawiała.
- No ty.
- A bo sobie coś przypomniałam. - stała
- Co takiego?
- Wsiadaj. - pokazała mu na wóz - Jedziemy.
Przed wejściem zatrzymała się i spojrzała w jego stronę. Patrzył się na nią i po chwili posłał najpiękniejszy uśmiech. Odwzajemniła go i szybko wdrapała się do środka.
Leżała wygonie w łóżku przeglądając facebooka. Jest dopiero 20, a ona jest tak wykończona, że masakra. Natrafiła na nowo dodane zdjęcie Józka. Stoi uśmiechnięty pod wielkim obserwatorium. Dała mu serduszko i przyglądała się jego osobie. Z nim chyba nigdy się tak nie czuła jak z Michałem. Był chyba w pewnym stopniu taką przykrywką na uczucia, jakimi darzyła strażaka. Miała sobie dać spokój z facetami, zawieraniem nowych znajomości. Ale z drugiej strony, to przecież nie jest nowa znajomość, więc słowa nie złamie. Przyszło jej powiadomienie o zaproszeniu do grona znajomych. Tak, to był Michał, tak jakby wywołała wilka z lasu. Od razu je przyjęła i wzięła się za przeglądanie jego profilu. Ale przerwano jej, bo wyskoczyło połączenie na messengerze. Zamarła. Bardzo się zestresowała i nie wiedziała co zrobić. W ostatniej chwili nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Hej.- przywitała się
- Hej. - usłyszała jego głos - Nie przeszkadzam?
- Nie. - odpowiedziała szybko
- Obiecałem, że zadzwonię, to słowa dotrzymuję. Przepraszam, że tak późno, ale mieliśmy sporo roboty.
- Rozumiem. - uśmiechała się do telefonu - Pożarów pełno?
- Tak. - westchnął - Masakra, jak ludziom się nudzi... Dopiero teraz mogę spokojnie się położyć i chwilę odpocząć. Muszę trochę nabrać sił, bo jak dalej tak będą szaleć, to nocka nie przespana.
- To może lepiej prześpij się? Nie będę Ci przeszkadzała. - martwiła się o niego
- Nie przeszkadzasz mi. - powiedział twardo - Chyba że nie chcesz rozmawiać?
- Nie. - pisnęła- Chcę bardzo z Tobą rozmawiać. Po prostu martwię się o Ciebie.
- To miłe. - czuła jak uśmiecha się do telefonu - Ale uwierz mi, jedyne czego teraz chcę, to porozmawiać z Tobą.
Na jej twarzy wyszły wypieki, a w brzuchu znowu poczuła motyle.
- Opowiadaj co tam u Ciebie. Jak pięty?
Zaczęła się śmiać.
- Dobrze, już dobrze. Ładnie się zagoiły, chociaż przez chyba 2 tygodnie mogłam chodzić tylko w klapkach.
- Hahaha, musiało to być wkurzające.
- I było. Ale teraz już jest spoko. A właśnie, dzięki że mi przypomniałeś. Muszę jutro wybrać się na zakupy do galerii po jakieś buty.
- Do usług. - zaśmiał się
Rozmawiali ponad pół godziny. Nie mogli przestać ze sobą rozmawiać, ale przerwało im wezwanie. Leżała zadowolona wpatrując się w sufit. W końcu go odnalazła.
piątek, 2 listopada 2018
środa, 31 października 2018
Rozdział 8
Przyszedł ten dzień w tygodniu, który miała wolny od uczelni. Mogła się w końcu wyspać. Nie zamierzała jednak dzisiaj brać się za pracę magisterską. Musi odpocząć. Dalej przeżywa rozstanie z Józkiem. Zranił ją i to bardzo, w jednym momencie straciła chłopaka. Niby zostali przyjaciółmi i mają stały kontakt, ale to nie to samo. Już nigdy nie będzie między nimi relacji jak kiedyś. Jej zaufanie zostało nadszarpnięte i teraz nie potrafi na niego patrzeć pod kątem, że ją zostawił. Teraz w takim momencie... Kiedy jest jej ciężko przez tą pracę. On pojechał sobie na koniec świata, robić karierę. Ma wszystko czego potrzebuje i jest szczęśliwy. Ona została tu z niczym. No może jednak coś ma... Depresję. Nie chce o nim myśleć, ale tak nie potrafi. Jeszcze kilka dni temu byli razem, szczęśliwi, nic nie zapowiadało takiego zwrotu wydarzeń.
Przeciągnęła się leniwie na łóżku i złapała telefon. 11:41. Nie pamięta, żeby kiedykolwiek tak późno się obudziła. Zazwyczaj jak ma wolne, to jej sen trwa do 9, góra 10. Ale nigdy nie wstała tak późno. Ale co jej tam. Należy jej się w 100%. Przydałoby jej się coś, co pozwoliłoby oderwać się od rzeczywistości i na chwile zapomnieć o wszystkim. Długo nad tym myślała, ale żaden odpowiedni pomysł nie wpadł jej do głowy. Niektórzy mówią, że piją, żeby zapomnieć. Kompletnie tego nie rozumie. Ona jak pije, to czuje się bardzo dobrze i nie wie jak można doprowadzić się do stanu totalnego upojenia. Nie lubi takich zachowań i nigdy nie pozwoli, żeby z sobą tak zrobiła. Nie jej wina, że jest rozważna i potrafi odmówić trzymając się swoich zasad. Usłyszała jak drzwi wejściowe do mieszkania się otwierają i szybko zamykają. Pewnie jej tato wrócił z pracy. Z jękiem zsunęła się z łóżka i podeszła do okna. Bez energii złapała za sznurek od rolet i powoli je podciągnęła. Przed jej oczami ukazał się szary widok. Było brzydko, tak jak w jej wnętrzu. Przewróciła oczami i podeszła do szafy. Długo się nie zastanawiając wzięła swoje ulubione spodnie dresowe i luźną koszulkę. Zsunęła z siebie piżamę i wolnymi ruchami zakładała przyszykowane ciuchy. Czy ktoś kiedykolwiek ją pokocha? Będzie dla kogoś ważna i ten ktoś chociaż przez chwilę o niej pomyśli? Da jej poczucie bezpieczeństwa i będzie traktował poważnie. Bo nie oszukujmy się, Józek do końca nie był pewien swoich uczuć. Ani razu do niej nie powiedział, że ją kocha. A to chyba ważne w związku, nie? Chyba lepiej da sobie spokój z facetami. Same problemy tylko z nimi. Będzie sama i polegała tylko na sobie. Nigdy siebie nie zawiedzie, będzie wiedziała czego potrzebuje. Taki związek jest chyba najlepszy. Ale czy na pewno ? Skoro nie ma faceta, to chyba coś oznacza?
Ubrana weszła do kuchni, gdzie krzątał się tato.
- O, cześć córuś. - podszedł do niej uśmiechnięty i przytulił
- Hej. - wymusiła uśmiech i stała ze spuszczonymi rękoma
- Dopiero wstałaś?
- Tak. Sama siebie zadziwiłam. Ale musiałam odespać.
Podeszła do lodówki i otworzyła drzwi na oścież Wpatrywała się w jej zawartość, ale niczego nie widziała. Nie wiedziała na co ma ochotę. Nic jej nie wyglądało na atrakcyjne. Sięgnęła po mleko i ospale podeszła do blatu. W szafce, która wisiała jej nad głową odnalazła kaszę manną. Uwielbia ten smak. A że robi się to szybko, to może sobie pozwolić. Wlała do garnuszka trochę mleka i na oko wsypała kaszę. Od samego początku miesza swoje danie, żeby się nie przypaliło. Coraz bardziej jest jej ciepło w dłoń, która trzyma łyżkę, zaraz nie wytrzyma. Na szczęście kasza już gęstnieje i zaraz będzie gotowa. Po kilkunastu sekundach mogła już wylać zawartość garnuszka na talerz. Ona lubi gdy kasza jest gęsta, a wie że niektórzy wolą gdy jest rzadka. Do tego pokroiła banana w kosteczkę i wszystko wymieszała. To jest to. Poszła do swojego pokoju i tam w ciszy mogła skonsumować swoje śniadanie. Chociaż to trochę osłodzi jej życie. Wzięła telefon i przeglądała social media. Nic jej nie interesowało i szybko się znudziła. Nie ma nawet z kim popisać. Ania pewnie kończy pisać swoją pracę, więc nie będzie jej przeszkadzać. Jest skazana na swoje towarzystwo, a to może się okazać nie najlepszym pomysłem. Na jej ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz brata i usłyszała swój dzwonek. Zdziwiła się, że do niej dzwoni, bo teraz powinien mieć zajęcia. Przeciągnęła zieloną słuchawkę i włączyła tryb głośnomówiący.
- Co tam braciszku? - mruknęła
- Cześć. Jesteś w domu? - usłyszała jego zdenerwowany głos
- No tak. A co się stało?
- Prawdopodobnie skręciłem staw skokowy i teraz jestem w uczelnianej przychodni, ale zaraz jedziemy do szpitala, bo chcą zrobić prześwietlenie. - oznajmił załamany
- Że co?! - wyprostowała się i zszokowana wpatrywała w telefon - Masakra. Dobra, to przyjadę po Ciebie. Tylko powiedz mi do którego szpitala będziecie jechać.
- Nie wiem. Napiszę Ci zaraz sms'a.
- Dobra. Robert, spokojnie. To tylko skręcenie.- starała się go uspokoić
- Yhym. Muszę kończyć.
- No zaraz tam będę.
Szybko z szafy wygrzebała jakieś czarne spodnie jeansowe i koszulkę. Szybko się przebrała i zarzuciła bluzę. Wzięła wszystkie dokumenty i weszła do dużego pokoju, gdzie tato jadł śniadanie.
- Robert skręcił staw skokowy i teraz wiozą go do szpitala. Jadę po niego. - oznajmiła
- Gdzie? Do Wrocławia?
- Tak.
- Przecież ty nigdy sama po Wrocławiu nie jeździłaś. - patrzył na nią zszokowany
- A co innego mam zrobić? Przecież ty też nie pojedziesz.
Nigdy nie było takiej potrzeby, żeby jeździć po Wrocławiu, więc nikt z nas się do tego nie rwał i teraz są tego skutki. Zawsze przerażały mnie tramwaje i że nie będę wiedziała jak mam się ustawić. No ale teraz ktoś musi pojechać po młodego, a mi przybyła pewność siebie i mam chęć, żeby jechać.
- To pojadę z Tobą. - wstał od stołu i zaczął się szykować. - A co on znowu robił?
- Nie wiem, nie powiedział mi. Ale pewnie miał wf i tam coś sobie zrobił. - westchnęła i zaczęła się ubierać.
Znalazła w szafce nawigację i wyszła na dwór. Nie było aż tak źle. Nie może się doczekać lata, jak znowu będzie ciepło i będzie mogła normalnie chodzić, a nie w kurtkach.
W mieście była bardzo skupiona na drodze. Patrzyła gdzie może stanąć, a gdzie będzie przeszkadzała tramwajom. Na szczęście mogła jechać bocznymi drogami, a nie pchać się na te najbardziej zapchane. W ogóle nie wiedziała gdzie jest. Nie zna Wrocławia. Zna tylko drogę na swoją uczelnię i nigdy się nie wychylała. No z Józkiem czasami gdzieś wybrali się na spacer, ale to on prowadził, więc ona nie zwracała uwagi na drogę. Swoją trasę pokonuje zawsze jakby miała klapki na oczach jak konie, żeby się nie rozpraszały i bały. Nie jest w stanie powiedzieć co jest dookoła. Wiecznie się spieszy i nawet nie rozgląda, bo po co?
Udało jej się bezpiecznie dojechać na miejsce. Na parkingu nie było tak dużo samochodów, więc bez problemu znalazła miejsce. Szybkim krokiem weszli do środka i przystanęli na korytarzu.
- Zadzwonię do niego i zapytam gdzie mamy iść.
Wyciągnęła telefon i szukała jego numeru. Nacisnęła i przyłożyła komórkę do ucha. Pierwszy sygnał, drugi. Zza rogu na wózku wyłonił się jej brat. Właśnie wyciągnął telefon. Ale ona się rozłączyła i podbiegła do niego. Był blady i bardzo smutny. Jeszcze nigdy chyba go nie widziała w tak okropnym stanie.
- Młody. - przykucnęła przy nim - Co z Tobą?
- Nic. - burknął - Możemy jechać do domu?
- Tak. - popatrzyła na mężczyznę, który ciągle stał przy jego wózku, żeby go pchać - Dzień dobry. Jestem jego siostrą. Dziękuję bardzo, że go tu przywieźliście.
- Dzień dobry. Jestem trenerem Roberta. Grał w siatkę i skoczył do bloku. Niestety źle wylądował i skręcił staw skokowy. Chciałam się upewnić i go tu przywiozłem.
- Dziękuję Panu bardzo. - uścisnęła jego dłoń
Tato także podszedł i podziękował trenerowi.
Przez całą drogę młody nic się nie odezwał. Był bardzo smutny i nieobecny. Jak tylko wrócili do domu poszedł do swojego i się w nim zamknął. Nie wiedziała jak może poprawić mu humor. Postanowiła upiec ich ulubione babeczki marchewkowe. Ma już taką wprawę, że wszystko może robić z zamkniętymi oczami i w ekspresowym tempie.
Podeszła do jego drzwi i delikatnie zapukała i nie czekając na pozwolenie lekko uchyliła je.
- Mam coś dla Ciebie. - uśmiechnięta wyciągnęła przed sobą talerz pełen babeczek
Dalej leżał na łóżku, tylko na nią popatrzył.
- Młody.- usiadła koło niego - To tylko skręcenie.
- Nie. To aż skręcenie. Dlaczego to mi się teraz przytrafiło? - popatrzył na nią ze łzami w oczach - Dlaczego teraz? Wszystko mi się zawaliło. Mogę już zapomnieć o Szkole Pożarniczej.
- Robert. - przytuliła go - Masz jeszcze dużo czasu. Do czerwca jeszcze dużo czasu.
- Tak, ale przez cały czas muszę trenować, żeby dać radę. A tu skręcenie o nic nie mogę robić. A to cholerstwo tak boli!
- Nie jesteś sam. Mi teraz też wszystko się zawaliło i to w tak ciężkim okresie. Także łączę się z Tobą. Jesteśmy takie dwie czarne chmury. - uśmiechnęła się
- Jest Ci ciężko? - popatrzył na nią z troską
- I to jak! - po policzku popłynęła jej łza - Ale trzeba być twardym.
- Szkoda, bo nawet polubiłem Józka. Ale zobaczysz, spotkasz tego jedynego. Tego o którym nie będziesz mogła zapomnieć i ciągle będziesz o nim myśleć. Tego który da Ci wszystko i będzie Cię kochał. Jestem tego pewien.
- Dzięki młody. A ja wiem, że już niedługo spełnisz swoje marzenie, zobaczysz. - puściła mu oczko i zadowolona wzięła kęsa babeczki.
Przeciągnęła się leniwie na łóżku i złapała telefon. 11:41. Nie pamięta, żeby kiedykolwiek tak późno się obudziła. Zazwyczaj jak ma wolne, to jej sen trwa do 9, góra 10. Ale nigdy nie wstała tak późno. Ale co jej tam. Należy jej się w 100%. Przydałoby jej się coś, co pozwoliłoby oderwać się od rzeczywistości i na chwile zapomnieć o wszystkim. Długo nad tym myślała, ale żaden odpowiedni pomysł nie wpadł jej do głowy. Niektórzy mówią, że piją, żeby zapomnieć. Kompletnie tego nie rozumie. Ona jak pije, to czuje się bardzo dobrze i nie wie jak można doprowadzić się do stanu totalnego upojenia. Nie lubi takich zachowań i nigdy nie pozwoli, żeby z sobą tak zrobiła. Nie jej wina, że jest rozważna i potrafi odmówić trzymając się swoich zasad. Usłyszała jak drzwi wejściowe do mieszkania się otwierają i szybko zamykają. Pewnie jej tato wrócił z pracy. Z jękiem zsunęła się z łóżka i podeszła do okna. Bez energii złapała za sznurek od rolet i powoli je podciągnęła. Przed jej oczami ukazał się szary widok. Było brzydko, tak jak w jej wnętrzu. Przewróciła oczami i podeszła do szafy. Długo się nie zastanawiając wzięła swoje ulubione spodnie dresowe i luźną koszulkę. Zsunęła z siebie piżamę i wolnymi ruchami zakładała przyszykowane ciuchy. Czy ktoś kiedykolwiek ją pokocha? Będzie dla kogoś ważna i ten ktoś chociaż przez chwilę o niej pomyśli? Da jej poczucie bezpieczeństwa i będzie traktował poważnie. Bo nie oszukujmy się, Józek do końca nie był pewien swoich uczuć. Ani razu do niej nie powiedział, że ją kocha. A to chyba ważne w związku, nie? Chyba lepiej da sobie spokój z facetami. Same problemy tylko z nimi. Będzie sama i polegała tylko na sobie. Nigdy siebie nie zawiedzie, będzie wiedziała czego potrzebuje. Taki związek jest chyba najlepszy. Ale czy na pewno ? Skoro nie ma faceta, to chyba coś oznacza?
Ubrana weszła do kuchni, gdzie krzątał się tato.
- O, cześć córuś. - podszedł do niej uśmiechnięty i przytulił
- Hej. - wymusiła uśmiech i stała ze spuszczonymi rękoma
- Dopiero wstałaś?
- Tak. Sama siebie zadziwiłam. Ale musiałam odespać.
Podeszła do lodówki i otworzyła drzwi na oścież Wpatrywała się w jej zawartość, ale niczego nie widziała. Nie wiedziała na co ma ochotę. Nic jej nie wyglądało na atrakcyjne. Sięgnęła po mleko i ospale podeszła do blatu. W szafce, która wisiała jej nad głową odnalazła kaszę manną. Uwielbia ten smak. A że robi się to szybko, to może sobie pozwolić. Wlała do garnuszka trochę mleka i na oko wsypała kaszę. Od samego początku miesza swoje danie, żeby się nie przypaliło. Coraz bardziej jest jej ciepło w dłoń, która trzyma łyżkę, zaraz nie wytrzyma. Na szczęście kasza już gęstnieje i zaraz będzie gotowa. Po kilkunastu sekundach mogła już wylać zawartość garnuszka na talerz. Ona lubi gdy kasza jest gęsta, a wie że niektórzy wolą gdy jest rzadka. Do tego pokroiła banana w kosteczkę i wszystko wymieszała. To jest to. Poszła do swojego pokoju i tam w ciszy mogła skonsumować swoje śniadanie. Chociaż to trochę osłodzi jej życie. Wzięła telefon i przeglądała social media. Nic jej nie interesowało i szybko się znudziła. Nie ma nawet z kim popisać. Ania pewnie kończy pisać swoją pracę, więc nie będzie jej przeszkadzać. Jest skazana na swoje towarzystwo, a to może się okazać nie najlepszym pomysłem. Na jej ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz brata i usłyszała swój dzwonek. Zdziwiła się, że do niej dzwoni, bo teraz powinien mieć zajęcia. Przeciągnęła zieloną słuchawkę i włączyła tryb głośnomówiący.
- Co tam braciszku? - mruknęła
- Cześć. Jesteś w domu? - usłyszała jego zdenerwowany głos
- No tak. A co się stało?
- Prawdopodobnie skręciłem staw skokowy i teraz jestem w uczelnianej przychodni, ale zaraz jedziemy do szpitala, bo chcą zrobić prześwietlenie. - oznajmił załamany
- Że co?! - wyprostowała się i zszokowana wpatrywała w telefon - Masakra. Dobra, to przyjadę po Ciebie. Tylko powiedz mi do którego szpitala będziecie jechać.
- Nie wiem. Napiszę Ci zaraz sms'a.
- Dobra. Robert, spokojnie. To tylko skręcenie.- starała się go uspokoić
- Yhym. Muszę kończyć.
- No zaraz tam będę.
Szybko z szafy wygrzebała jakieś czarne spodnie jeansowe i koszulkę. Szybko się przebrała i zarzuciła bluzę. Wzięła wszystkie dokumenty i weszła do dużego pokoju, gdzie tato jadł śniadanie.
- Robert skręcił staw skokowy i teraz wiozą go do szpitala. Jadę po niego. - oznajmiła
- Gdzie? Do Wrocławia?
- Tak.
- Przecież ty nigdy sama po Wrocławiu nie jeździłaś. - patrzył na nią zszokowany
- A co innego mam zrobić? Przecież ty też nie pojedziesz.
Nigdy nie było takiej potrzeby, żeby jeździć po Wrocławiu, więc nikt z nas się do tego nie rwał i teraz są tego skutki. Zawsze przerażały mnie tramwaje i że nie będę wiedziała jak mam się ustawić. No ale teraz ktoś musi pojechać po młodego, a mi przybyła pewność siebie i mam chęć, żeby jechać.
- To pojadę z Tobą. - wstał od stołu i zaczął się szykować. - A co on znowu robił?
- Nie wiem, nie powiedział mi. Ale pewnie miał wf i tam coś sobie zrobił. - westchnęła i zaczęła się ubierać.
Znalazła w szafce nawigację i wyszła na dwór. Nie było aż tak źle. Nie może się doczekać lata, jak znowu będzie ciepło i będzie mogła normalnie chodzić, a nie w kurtkach.
W mieście była bardzo skupiona na drodze. Patrzyła gdzie może stanąć, a gdzie będzie przeszkadzała tramwajom. Na szczęście mogła jechać bocznymi drogami, a nie pchać się na te najbardziej zapchane. W ogóle nie wiedziała gdzie jest. Nie zna Wrocławia. Zna tylko drogę na swoją uczelnię i nigdy się nie wychylała. No z Józkiem czasami gdzieś wybrali się na spacer, ale to on prowadził, więc ona nie zwracała uwagi na drogę. Swoją trasę pokonuje zawsze jakby miała klapki na oczach jak konie, żeby się nie rozpraszały i bały. Nie jest w stanie powiedzieć co jest dookoła. Wiecznie się spieszy i nawet nie rozgląda, bo po co?
Udało jej się bezpiecznie dojechać na miejsce. Na parkingu nie było tak dużo samochodów, więc bez problemu znalazła miejsce. Szybkim krokiem weszli do środka i przystanęli na korytarzu.
- Zadzwonię do niego i zapytam gdzie mamy iść.
Wyciągnęła telefon i szukała jego numeru. Nacisnęła i przyłożyła komórkę do ucha. Pierwszy sygnał, drugi. Zza rogu na wózku wyłonił się jej brat. Właśnie wyciągnął telefon. Ale ona się rozłączyła i podbiegła do niego. Był blady i bardzo smutny. Jeszcze nigdy chyba go nie widziała w tak okropnym stanie.
- Młody. - przykucnęła przy nim - Co z Tobą?
- Nic. - burknął - Możemy jechać do domu?
- Tak. - popatrzyła na mężczyznę, który ciągle stał przy jego wózku, żeby go pchać - Dzień dobry. Jestem jego siostrą. Dziękuję bardzo, że go tu przywieźliście.
- Dzień dobry. Jestem trenerem Roberta. Grał w siatkę i skoczył do bloku. Niestety źle wylądował i skręcił staw skokowy. Chciałam się upewnić i go tu przywiozłem.
- Dziękuję Panu bardzo. - uścisnęła jego dłoń
Tato także podszedł i podziękował trenerowi.
Przez całą drogę młody nic się nie odezwał. Był bardzo smutny i nieobecny. Jak tylko wrócili do domu poszedł do swojego i się w nim zamknął. Nie wiedziała jak może poprawić mu humor. Postanowiła upiec ich ulubione babeczki marchewkowe. Ma już taką wprawę, że wszystko może robić z zamkniętymi oczami i w ekspresowym tempie.
Podeszła do jego drzwi i delikatnie zapukała i nie czekając na pozwolenie lekko uchyliła je.
- Mam coś dla Ciebie. - uśmiechnięta wyciągnęła przed sobą talerz pełen babeczek
Dalej leżał na łóżku, tylko na nią popatrzył.
- Młody.- usiadła koło niego - To tylko skręcenie.
- Nie. To aż skręcenie. Dlaczego to mi się teraz przytrafiło? - popatrzył na nią ze łzami w oczach - Dlaczego teraz? Wszystko mi się zawaliło. Mogę już zapomnieć o Szkole Pożarniczej.
- Robert. - przytuliła go - Masz jeszcze dużo czasu. Do czerwca jeszcze dużo czasu.
- Tak, ale przez cały czas muszę trenować, żeby dać radę. A tu skręcenie o nic nie mogę robić. A to cholerstwo tak boli!
- Nie jesteś sam. Mi teraz też wszystko się zawaliło i to w tak ciężkim okresie. Także łączę się z Tobą. Jesteśmy takie dwie czarne chmury. - uśmiechnęła się
- Jest Ci ciężko? - popatrzył na nią z troską
- I to jak! - po policzku popłynęła jej łza - Ale trzeba być twardym.
- Szkoda, bo nawet polubiłem Józka. Ale zobaczysz, spotkasz tego jedynego. Tego o którym nie będziesz mogła zapomnieć i ciągle będziesz o nim myśleć. Tego który da Ci wszystko i będzie Cię kochał. Jestem tego pewien.
- Dzięki młody. A ja wiem, że już niedługo spełnisz swoje marzenie, zobaczysz. - puściła mu oczko i zadowolona wzięła kęsa babeczki.
niedziela, 14 października 2018
Rozdział 7
Ten czas tak szybko leci. Dopiero co były święta, radosny czas, a tu już połowa lutego. Zima jest dość ostra i nie miło spędza się czas na dworze. Wkurza się jak ma jechać na uczelnię, bo od zawsze jest strasznym zmarźluchem. Czasami zostaje u Józka, jak nie opłaca jej się wracać, ale na szczęście teraz ma bardzo mało zajęć, ze względu na pracę magisterską.
Złożyło się tak, że w tym samym czasie mieli tydzień wolnego i postanowili razem spędzić ten czas. Pojechali w góry i szaleli na stokach narciarskich. Oderwała się od rzeczywistości, zapomniała o studiach i w końcu odpoczęła.
Dzień zapowiadał się pięknie. Miała zajęcia na 12, więc mogła pospać sobie trochę dłużej. Odsłaniając roletę do jej pokoju wdarły się promienie słońca. Ujrzała za oknem przepiękny dzień. Śnieg połyskiwał kąpany w tych ciepłych promieniach. Od razu poprawił jej się humor i chciało jej się żyć. Zadowolona wzięła przyszykowane przed snem ciuchy i udała się do łazienki. Tam nie spiesząc się załatwiła wszystkie potrzebne sprawy i wyszła do kuchni. Z lodówki wyjęła serek do smarowania i wszystko wyłożyła na blat. Wzięła dwie kromki świeżego chleba i szybko je posmarowała. Niestety do picia nic nie mogła wziąć, bo będzie musiała chodzić do toalety co 5 minut, a jak wiadomo na uczelnię długa droga busem. Wzięła śniadanie do pokoju i wygodnie rozłożona w fotelu przeżuwała chleb. Jeszcze tylko kilka miesięcy i jest wolna od studiów. Najpierw jednak trzeba obronić pracę magisterską. Tego się obawia. Nie lubi występować publicznie i dużo mówić. Matura to była dla niej mordęga. Przed obcymi ludźmi musi mówić na temat, który poznała dopiero kilkanaście minut temu i nawet nie wie, czy dobrze mówi. Nie spodziewała się, że tymi dwoma kanapkami tak się naje. Ociężała wstała i poszła umyć zęby.
Po pomalowaniu się miała chwilę na poranne sprawdzanie internetu. Nic ciekawego się nie działo, nikt do niej nie napisał, nawet Józek.
Na wykładach było luźno. Dla niej było bez sensu to, że przyjeżdża dzisiaj tylko na jeden wykład. Ale cóż poradzić, takie życie. Wykładowca jest ludzki i nie ciśnie ich. Nawet gdy jej się nudzi, to robi notatki, bo tak czas zawsze szybciej leci, a przy okazji może czegoś się nauczy.
- No to co, nie będę was dłużej trzymał. - oznajmił profesor pół godziny przed oficjalnym końcem zajęć - Miłego dnia.
Pośpiesznie wrzuciła zeszyt i długopis do torby i wyszła z sali. Pojedzie do domu, zrobi sobie cieplutkie kakałko i weźmie się za pisanie pracy. Już tak nie wiele jej zostało. Uśmiechnięta podeszła do szatni i wręczyła pani metalowy numerek. Po chwili miała już swój czarny płaszczyk. Z rękawa wyciągnęła czapkę i długi szalik, który założyła jako pierwszy. Później jej ulubiona czapka z pomponem i motywem Wolverine'a i na koniec płaszcz.
- Witam panią. - usłyszała po swojej prawej stronie męski głos
Radosną odwróciła się do autora słów i dała buziaka.
- A co to się stało, że Józeczek postanowił mnie odwiedzić? - zaśmiała się
- Nic takiego. - westchnął - Jedziemy do mnie?
- Jasne. - złapała jego dłoń i opuścili budynek
- Jak tam wykłady? - zapytał
- Dobrze. Jak widzisz wcześniej nas wypuścił.
- Tak myślałem, dlatego jestem tu szybciej.
- Jaki ty wróżbita Józek. A właśnie. - klasnęła w dłonie - Bo za kilka dni są walentynki i może pójdziemy na strzelnicę ? Słyszałam, że w okolicy jest taka fajna.
Szedł poważny, patrząc się przed siebie. Szczękę miał mocno zaciśniętą i ogólnie cały jakoś się spiął.
- To nie rozmowa na teraz. - powiedział szybko - Porozmawiamy jak będziemy w domu.
- Józek, coś się stało? - była przestraszona
- W domu. - powiedział to twardo i wiedziała że dalsza rozmowa nie ma już sensu
Przez całą drogę do jego mieszkania myślała, co mogło takiego się stać. Czuła, że to będzie coś poważnego. Nie odezwali się do siebie ani słowem.
Tylko jak wpadła do jego mieszkania, szybko zrzuciła nakrycie i stanęła przed nim.
- No słucham. - wpatrywała się w jego twarz
Był zrozpaczony i nie mógł na nią popatrzyć. Złapał za jej ramię i pokazał, żeby poszli do salonu.
- Bo. - zaczął gdy usiadła na kanapie - Dostałem propozycję z USA.
- To super. - ożywiła się i radosna patrzyła na niego
- Emilka, nie rozumiesz. - jęknął - Muszę wyjechać jutro. Na bardzo długo. Będę pracował od rana do wieczora, nie będę miał czasu na nic. Jeszcze muszę tam zaliczyć pracę magisterską. Wiesz jaki to zaszczyt! Najlepsze co mogło mi się w życiu wydarzyć. Taka kariera. Ale muszę zrezygnować ze wszystkiego innego. - zobaczyła jak po policzku spływa pojedyncza łza - Nie mogę Cię trzymać na siłę, bo to nie ma sensu. Męczyłabyś się, ja też. Nie moglibyśmy normalnie rozmawiać, a o widzeniu już nie wspomnę!
- Józek. - zaczęła szlochać i przytuliła się do niego - Ja tak nie chcę.
- Wiesz, że jest mi bardzo ciężko, nie chcę Cię zostawiać. Ale jeszcze nigdy nikomu z Polski coś takiego się nie przytrafiło, taka kariera.
- Rozumiem. - szepnęła - Jestem z Ciebie tak cholernie dumna.
Płakała tłumiąc jęki w jego torsie. Straciła najważniejszą osobę w jej życiu. Nie chce go tam puścić, chce go mieć przy sobie. Jej kochany chłopak.
- Przepraszam, ale to wszystko działo się tak szybko, że nie miałem nawet jak szybciej Ci o tym powiedzieć.
- Jasne. - oderwała się od niego - Ja sobie już lepiej pójdę.
- Emilka. - złapał ją za dłoń - Proszę, zostań ze mną jeszcze trochę.
- Nie mogę, nie będę mogła Cię zostawić.
- Proszę. - zobaczyła wielki żal w jego oczach - Proszę.
Kiwnęła głową i usiadła na kanapie.
- Przepraszam Cię. Skrzywdziłem Cię tak potwornie, że nigdy sobie tego nie wybaczę. Jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie. Ale tak będzie lepiej. Znajdziesz sobie kogoś lepszego, tutaj na miejscu.
- Oh Józefie. - przyłożyła dłoń do jego policzka - Ale przyjaciółmi zostaniemy?
- Tak! Oczywiście! Będę pisał, jak tylko będę miał czas.
Była załamana i to mocno. Jednak nie pokazywała tego na zewnątrz, nie chciała mu pokazać jak jest w rozsypce. Jak jej świat nagle się zawalił. Odebrano jej wszystko w jednym momencie. Sama nie wie, jakby postąpiła w takiej sytuacji. To jego ogromna szansa, żeby zostać jednym z najlepszych astronomów na świecie. Wiedziała, że jest wybitny w tej dziedzinie i zrobi karierę, ale że będzie to w inny sposób. Może uda im się przetrwać i wrócą do siebie, jak wszystko się ustabilizuje.
Wróciła do domu po kilku godzinach. Wciąż do niej nie docierało, co się tak naprawdę stało. Bez żadnego życia weszła do mieszkania i przemknęła wolno przez salon rzucając słabe cześć do rodziców i brata i poszła do swojego pokoju. Rzuciła torbę w kąt i wpatrywała się w swoje stopy.
- Siostra? - do pokoju wszedł Robert zamykając za sobą drzwi - Coś się stało ?
Popatrzyła na niego smutno i wybuchła płaczem.
- Nie jestem już z Józkiem. - przytuliła się do niego o szlochała
- Co? Ale jak to? Zerwał z Tobą? - był mocno zszokowany
- Dostał mega propozycję pracy w USA. Zrobi tam karierę. Ale przez to nie będzie miał czasu na nic innego, w tym na mnie. Więc się rozstaliśmy.
- Biedna. - gładził ją po plecach - Nie fajna sytuacja. Nie mógł Cię wziąć ze sobą?
- Nie miałoby to sensu, bo i tak ciągle by pracował. Dlatego rozstaliśmy się w zgodzie i zostaliśmy przyjaciółmi.
- To i tak nic nie zmienia. - warknął - Bardzo Cię zranił.
- I to jak! Boli cholernie. Nie wiem, czy się pozbieram. Ja nie chcę, żeby on jechał.
- Nie wiem co mam powiedzieć. - westchnął
- Nic, wystarczy że jesteś braciszku. - oderwała się od niego i uśmiechnęła - Kocham Cię tak mocno. Jesteś wspaniały. - poczochrała jego włosy
- Dzięki. - zaczerwienił się - Zobaczysz, wszystko się ułoży.
- Yhym. - nie była przekonana - I to w takim momencie. Jak magisterkę muszę dokończyć. Nie wiem, czy dam radę.
- Nawet tak nie mów. Nie możesz sprowadzać wszystkiego tylko do jednego jakiegoś chłopaka. Musisz pokazać jaka jesteś silna i dać czasu.
- A jak nie jestem silna?
- Żartujesz. - zaczął się śmiać - Znam Cię bardzo dobrze i nie znam tak silnej dziewczyny jak ty. Jesteś dla mnie worem do naśladowania. Jestem dumny, że mam taką siostrzyczkę.
- Młody, młody. - zaśmiała się - Dzięki. Zostawisz mnie samą?
- Jasne. - wstał i uśmiechnął się do niej - Ale popatrz na to z tej strony. Może załatwi nam fajną wycieczkę do USA.
Prychnęła tylko i zaczęła się śmiać. Kiedy wyszedł położyła się nie łóżku i zaczęła płakać w poduszkę. Dlaczego ją to spotkało? On był taki kochany. Wspierał ją, poprawiał humor. Nie czuła się samotna. Wie, że będą mieli ze sobą kontakt, ale to już nic. Będą to tylko słowa. Już nie poczuje ciepła jego skóry i tych pięknych perfum. Z drugiej strony była z niego cholernie dumna. Nikt jeszcze tego nie osiągnął w kraju. Zawsze był wielkim miłośnikiem astronomii i ma ogromną wiedzę na ten temat i może się założyć, że nie jednego doktora z tej dziedziny mógłby zaorać. Pracował na to ciężko i należy mu się. Ona nie chce stać na drodze do jego marzeń. Niech się chłopak spełnia i będzie szczęśliwy. Widocznie tak miało być. Nie było im pisane być ze sobą dłużej. Spędziła z nim kilka miesięcy, ale jak wspaniałych. Będzie dobrze wspominała ten czas, bo dlaczego miała być na niego zła? Nie planował tego, wyskoczyło nagle. Nie zrobił tego celowo, nie chciał jej zranić. Widziała jak bardzo to przeżywa. O której jutro wylatujesz? Wystukała na telefonie i wysłała do już byłego chłopaka. Weszła na messengera i zobaczyła, że Ania jest dostępna. Nacisnęła zieloną słuchawkę i czekała aż odbierze. Po chwili słyszała jej radosny głos.
- No hej. - przywitała się - Co tam Emilson? Coś się stało? Zwykle nie dzwonisz...
- Bo wiesz...- westchnęła - Nie jestem już z Józkiem.
- Co?! - krzyknęła - Jak to? Zostawił Cię ?! Dla innej ?! Co za chuj! Zabiję go!
- Nie, uspokój się. - powiedziała łagodnie
- Czemu ty jesteś taka spokojna?!
- Nie jestem. - szepnęła - Ale rozstaliśmy się w pokoju. Zostaliśmy przyjaciółmi.
- A no to super, to wszystko zmienia. - powiedziała sarkastycznie - On Cię zostawił!
- Nie. To nie jego wina.
- Dlaczego go tak bronisz?
- Bo na to zasługuje.
- Powiesz co się stało?
Stała na lotnisku pośród wielu ludzi. Ostatni raz tuliła jego osobę.
- Będę tęskniła. - szepnęła
- Ja też. - pocałował ją w głowę
- Jestem z Ciebie taka dumna.
- A ja z Ciebie. Żyj dobrze Emilka. Szalej i bądź sobą.
Złożyło się tak, że w tym samym czasie mieli tydzień wolnego i postanowili razem spędzić ten czas. Pojechali w góry i szaleli na stokach narciarskich. Oderwała się od rzeczywistości, zapomniała o studiach i w końcu odpoczęła.
Dzień zapowiadał się pięknie. Miała zajęcia na 12, więc mogła pospać sobie trochę dłużej. Odsłaniając roletę do jej pokoju wdarły się promienie słońca. Ujrzała za oknem przepiękny dzień. Śnieg połyskiwał kąpany w tych ciepłych promieniach. Od razu poprawił jej się humor i chciało jej się żyć. Zadowolona wzięła przyszykowane przed snem ciuchy i udała się do łazienki. Tam nie spiesząc się załatwiła wszystkie potrzebne sprawy i wyszła do kuchni. Z lodówki wyjęła serek do smarowania i wszystko wyłożyła na blat. Wzięła dwie kromki świeżego chleba i szybko je posmarowała. Niestety do picia nic nie mogła wziąć, bo będzie musiała chodzić do toalety co 5 minut, a jak wiadomo na uczelnię długa droga busem. Wzięła śniadanie do pokoju i wygodnie rozłożona w fotelu przeżuwała chleb. Jeszcze tylko kilka miesięcy i jest wolna od studiów. Najpierw jednak trzeba obronić pracę magisterską. Tego się obawia. Nie lubi występować publicznie i dużo mówić. Matura to była dla niej mordęga. Przed obcymi ludźmi musi mówić na temat, który poznała dopiero kilkanaście minut temu i nawet nie wie, czy dobrze mówi. Nie spodziewała się, że tymi dwoma kanapkami tak się naje. Ociężała wstała i poszła umyć zęby.
Po pomalowaniu się miała chwilę na poranne sprawdzanie internetu. Nic ciekawego się nie działo, nikt do niej nie napisał, nawet Józek.
Na wykładach było luźno. Dla niej było bez sensu to, że przyjeżdża dzisiaj tylko na jeden wykład. Ale cóż poradzić, takie życie. Wykładowca jest ludzki i nie ciśnie ich. Nawet gdy jej się nudzi, to robi notatki, bo tak czas zawsze szybciej leci, a przy okazji może czegoś się nauczy.
- No to co, nie będę was dłużej trzymał. - oznajmił profesor pół godziny przed oficjalnym końcem zajęć - Miłego dnia.
Pośpiesznie wrzuciła zeszyt i długopis do torby i wyszła z sali. Pojedzie do domu, zrobi sobie cieplutkie kakałko i weźmie się za pisanie pracy. Już tak nie wiele jej zostało. Uśmiechnięta podeszła do szatni i wręczyła pani metalowy numerek. Po chwili miała już swój czarny płaszczyk. Z rękawa wyciągnęła czapkę i długi szalik, który założyła jako pierwszy. Później jej ulubiona czapka z pomponem i motywem Wolverine'a i na koniec płaszcz.
- Witam panią. - usłyszała po swojej prawej stronie męski głos
Radosną odwróciła się do autora słów i dała buziaka.
- A co to się stało, że Józeczek postanowił mnie odwiedzić? - zaśmiała się
- Nic takiego. - westchnął - Jedziemy do mnie?
- Jasne. - złapała jego dłoń i opuścili budynek
- Jak tam wykłady? - zapytał
- Dobrze. Jak widzisz wcześniej nas wypuścił.
- Tak myślałem, dlatego jestem tu szybciej.
- Jaki ty wróżbita Józek. A właśnie. - klasnęła w dłonie - Bo za kilka dni są walentynki i może pójdziemy na strzelnicę ? Słyszałam, że w okolicy jest taka fajna.
Szedł poważny, patrząc się przed siebie. Szczękę miał mocno zaciśniętą i ogólnie cały jakoś się spiął.
- To nie rozmowa na teraz. - powiedział szybko - Porozmawiamy jak będziemy w domu.
- Józek, coś się stało? - była przestraszona
- W domu. - powiedział to twardo i wiedziała że dalsza rozmowa nie ma już sensu
Przez całą drogę do jego mieszkania myślała, co mogło takiego się stać. Czuła, że to będzie coś poważnego. Nie odezwali się do siebie ani słowem.
Tylko jak wpadła do jego mieszkania, szybko zrzuciła nakrycie i stanęła przed nim.
- No słucham. - wpatrywała się w jego twarz
Był zrozpaczony i nie mógł na nią popatrzyć. Złapał za jej ramię i pokazał, żeby poszli do salonu.
- Bo. - zaczął gdy usiadła na kanapie - Dostałem propozycję z USA.
- To super. - ożywiła się i radosna patrzyła na niego
- Emilka, nie rozumiesz. - jęknął - Muszę wyjechać jutro. Na bardzo długo. Będę pracował od rana do wieczora, nie będę miał czasu na nic. Jeszcze muszę tam zaliczyć pracę magisterską. Wiesz jaki to zaszczyt! Najlepsze co mogło mi się w życiu wydarzyć. Taka kariera. Ale muszę zrezygnować ze wszystkiego innego. - zobaczyła jak po policzku spływa pojedyncza łza - Nie mogę Cię trzymać na siłę, bo to nie ma sensu. Męczyłabyś się, ja też. Nie moglibyśmy normalnie rozmawiać, a o widzeniu już nie wspomnę!
- Józek. - zaczęła szlochać i przytuliła się do niego - Ja tak nie chcę.
- Wiesz, że jest mi bardzo ciężko, nie chcę Cię zostawiać. Ale jeszcze nigdy nikomu z Polski coś takiego się nie przytrafiło, taka kariera.
- Rozumiem. - szepnęła - Jestem z Ciebie tak cholernie dumna.
Płakała tłumiąc jęki w jego torsie. Straciła najważniejszą osobę w jej życiu. Nie chce go tam puścić, chce go mieć przy sobie. Jej kochany chłopak.
- Przepraszam, ale to wszystko działo się tak szybko, że nie miałem nawet jak szybciej Ci o tym powiedzieć.
- Jasne. - oderwała się od niego - Ja sobie już lepiej pójdę.
- Emilka. - złapał ją za dłoń - Proszę, zostań ze mną jeszcze trochę.
- Nie mogę, nie będę mogła Cię zostawić.
- Proszę. - zobaczyła wielki żal w jego oczach - Proszę.
Kiwnęła głową i usiadła na kanapie.
- Przepraszam Cię. Skrzywdziłem Cię tak potwornie, że nigdy sobie tego nie wybaczę. Jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie. Ale tak będzie lepiej. Znajdziesz sobie kogoś lepszego, tutaj na miejscu.
- Oh Józefie. - przyłożyła dłoń do jego policzka - Ale przyjaciółmi zostaniemy?
- Tak! Oczywiście! Będę pisał, jak tylko będę miał czas.
Była załamana i to mocno. Jednak nie pokazywała tego na zewnątrz, nie chciała mu pokazać jak jest w rozsypce. Jak jej świat nagle się zawalił. Odebrano jej wszystko w jednym momencie. Sama nie wie, jakby postąpiła w takiej sytuacji. To jego ogromna szansa, żeby zostać jednym z najlepszych astronomów na świecie. Wiedziała, że jest wybitny w tej dziedzinie i zrobi karierę, ale że będzie to w inny sposób. Może uda im się przetrwać i wrócą do siebie, jak wszystko się ustabilizuje.
Wróciła do domu po kilku godzinach. Wciąż do niej nie docierało, co się tak naprawdę stało. Bez żadnego życia weszła do mieszkania i przemknęła wolno przez salon rzucając słabe cześć do rodziców i brata i poszła do swojego pokoju. Rzuciła torbę w kąt i wpatrywała się w swoje stopy.
- Siostra? - do pokoju wszedł Robert zamykając za sobą drzwi - Coś się stało ?
Popatrzyła na niego smutno i wybuchła płaczem.
- Nie jestem już z Józkiem. - przytuliła się do niego o szlochała
- Co? Ale jak to? Zerwał z Tobą? - był mocno zszokowany
- Dostał mega propozycję pracy w USA. Zrobi tam karierę. Ale przez to nie będzie miał czasu na nic innego, w tym na mnie. Więc się rozstaliśmy.
- Biedna. - gładził ją po plecach - Nie fajna sytuacja. Nie mógł Cię wziąć ze sobą?
- Nie miałoby to sensu, bo i tak ciągle by pracował. Dlatego rozstaliśmy się w zgodzie i zostaliśmy przyjaciółmi.
- To i tak nic nie zmienia. - warknął - Bardzo Cię zranił.
- I to jak! Boli cholernie. Nie wiem, czy się pozbieram. Ja nie chcę, żeby on jechał.
- Nie wiem co mam powiedzieć. - westchnął
- Nic, wystarczy że jesteś braciszku. - oderwała się od niego i uśmiechnęła - Kocham Cię tak mocno. Jesteś wspaniały. - poczochrała jego włosy
- Dzięki. - zaczerwienił się - Zobaczysz, wszystko się ułoży.
- Yhym. - nie była przekonana - I to w takim momencie. Jak magisterkę muszę dokończyć. Nie wiem, czy dam radę.
- Nawet tak nie mów. Nie możesz sprowadzać wszystkiego tylko do jednego jakiegoś chłopaka. Musisz pokazać jaka jesteś silna i dać czasu.
- A jak nie jestem silna?
- Żartujesz. - zaczął się śmiać - Znam Cię bardzo dobrze i nie znam tak silnej dziewczyny jak ty. Jesteś dla mnie worem do naśladowania. Jestem dumny, że mam taką siostrzyczkę.
- Młody, młody. - zaśmiała się - Dzięki. Zostawisz mnie samą?
- Jasne. - wstał i uśmiechnął się do niej - Ale popatrz na to z tej strony. Może załatwi nam fajną wycieczkę do USA.
Prychnęła tylko i zaczęła się śmiać. Kiedy wyszedł położyła się nie łóżku i zaczęła płakać w poduszkę. Dlaczego ją to spotkało? On był taki kochany. Wspierał ją, poprawiał humor. Nie czuła się samotna. Wie, że będą mieli ze sobą kontakt, ale to już nic. Będą to tylko słowa. Już nie poczuje ciepła jego skóry i tych pięknych perfum. Z drugiej strony była z niego cholernie dumna. Nikt jeszcze tego nie osiągnął w kraju. Zawsze był wielkim miłośnikiem astronomii i ma ogromną wiedzę na ten temat i może się założyć, że nie jednego doktora z tej dziedziny mógłby zaorać. Pracował na to ciężko i należy mu się. Ona nie chce stać na drodze do jego marzeń. Niech się chłopak spełnia i będzie szczęśliwy. Widocznie tak miało być. Nie było im pisane być ze sobą dłużej. Spędziła z nim kilka miesięcy, ale jak wspaniałych. Będzie dobrze wspominała ten czas, bo dlaczego miała być na niego zła? Nie planował tego, wyskoczyło nagle. Nie zrobił tego celowo, nie chciał jej zranić. Widziała jak bardzo to przeżywa. O której jutro wylatujesz? Wystukała na telefonie i wysłała do już byłego chłopaka. Weszła na messengera i zobaczyła, że Ania jest dostępna. Nacisnęła zieloną słuchawkę i czekała aż odbierze. Po chwili słyszała jej radosny głos.
- No hej. - przywitała się - Co tam Emilson? Coś się stało? Zwykle nie dzwonisz...
- Bo wiesz...- westchnęła - Nie jestem już z Józkiem.
- Co?! - krzyknęła - Jak to? Zostawił Cię ?! Dla innej ?! Co za chuj! Zabiję go!
- Nie, uspokój się. - powiedziała łagodnie
- Czemu ty jesteś taka spokojna?!
- Nie jestem. - szepnęła - Ale rozstaliśmy się w pokoju. Zostaliśmy przyjaciółmi.
- A no to super, to wszystko zmienia. - powiedziała sarkastycznie - On Cię zostawił!
- Nie. To nie jego wina.
- Dlaczego go tak bronisz?
- Bo na to zasługuje.
- Powiesz co się stało?
Stała na lotnisku pośród wielu ludzi. Ostatni raz tuliła jego osobę.
- Będę tęskniła. - szepnęła
- Ja też. - pocałował ją w głowę
- Jestem z Ciebie taka dumna.
- A ja z Ciebie. Żyj dobrze Emilka. Szalej i bądź sobą.
sobota, 13 października 2018
Rozdział 6
Wigilia, tak magiczny czas. Jak to jest, że ten dzień staje tak niesamowity? Roboty jest oczywiście od rana. Jak co roku jeżdżą do babci i przygotowują potrawy. Przychodzi też jej przyjaciółka, która zarazem jest jej kuzynką oraz jej młodszy brat.
Wzięła ciasto wycięte od szklanki i położyła je na kciuku i palcu wskazującym lewej dłoni, robiąc przy tym dołek na środku. Łyżeczką nabrała farszu z sera białego i cebuli, który umieściła na cieście. Wszystko ładnie ubiła i skleiła ze sobą końce ciasta przygniatając palcami. Nawet ładnie wychodziły te pierogi.
- Józek do Ciebie przyjedzie? - zapytała, kiedy zapełniały już drugą tacę pierogów
- Nie, pojechał do babci na kilka dni. - westchnęła
- No co ty... Nie fajnie.
- Trudno. Przynajmniej sama sobie posiedzę i odpocznę. A co z Tomkiem?
- Przyjedzie w drugi dzień świąt jakoś wcześniej, bo później jadę z nim do jego rodziny.
Ania z Tomkiem są wspaniałą parą. Są ze sobą od ponad roku, a miłość bije od nich na kilometry. Jest dla niej dobry, dba o nią, więc nie ma o co się martwić i pozostało jej tylko cieszyć się jej szczęściem. Często razem spędzają czas, są dobrze zgraną paczką. Chociaż często bywa, że Józek i Tomek nie potrafią się dogadać i w powietrzu wisi niemiła atmosfera. Boli ją to, ale nie chce stracić, ani przyjaciółki, ani chłopaka.
Odkąd pamięta ich zadaniem jest rozkładanie miejsca dla każdego. Nie lubiła układać tych talerzy, wycierać wszystkich sztućców i martwić się o wystrój. Ale zawsze z Anią puszczały sobie muzykę i wygłupiały się. Teraz mają po 24 lata i nadal to praktykują. Fajnie jest, jak coś się staje tradycją i wdraża się to w życie. Na szafce przy stole wigilijnym zostawiły także jedno wolne nakrycie dla wędrowca. Od zawsze chciała, żeby w ten wyjątkowy wieczór ktoś zapukał do drzwi i został z nimi.
- Dziewczynki, jak już skończycie, to dajcie proszę prezenty pod choinkę. - rzekła mama z kuchni
- Okej. - powiedziały równocześnie i zaczęły się śmiać
Zawsze ich rodzice robią prezenty dla każdego i potem po kolacji są rozdawane. Pamięta jak w dzieciństwie nie mogły się doczekać, aż będą mogły rozpakować swoje podarunki. Rodzice kazali jeszcze coś zjeść, zaśpiewać kolędy, a one cierpiały.
- Hoł, hoł, hoł. - z wielką torbą do pokoju wszedł Robert - Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?
- Raczej nie. - westchnęła Emilka i położyła ostatni widelec - Rozłożysz prezenty?
- Pewnie siostra. - uśmiechnął się i wziął się do pracy - Ten Twój będzie ?
- Nie. - szybko ucięła
- Jakiś słaby jest. - pisnął i odwrócił się do niej - Już tak długo jesteście razem, a ja dalej go nie poznałem.
- Nie moja wina. Na święta pojechał do babci na drugi koniec Polski.
Nie chciała już o nim rozmawiać. Każdy ją teraz o to wypytuje, jakby nie wiadomo co by to było. Przyjdzie taki czas, że w końcu go poznają. Ona chciała, ale życie jak zwykle płata figle i nie wyszło.
Przebrała się w sukienkę i usiadła przed lusterkiem. Musi zrobić jakiś lekki makijaż, żeby ukryć te pryszcze, które zaszczyciły ją swoją obecnością. Po pokoju rozniósł się dzwonek jej telefonu. Wzięła go i zobaczyła zdjęcie chłopaka. Uśmiechnięta przeciągnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha.
- Hej. - przywitała się radośnie
- Hej. - usłyszała jego głos - Co tam u Ciebie?
- A właśnie biorę się za malowanie, bo zaraz jedziemy do dziadków. - oznajmiła wygodnie opierając się o krzesło - A u Ciebie?
- Szykuję się właśnie na Wigilię. Dzwonię, bo chciałem Ci złożyć życzenia. Emilka, niech te święta będą dla Ciebie szczęśliwe. Żebyś zawsze była zdrowa i uśmiechnięta. Żeby ta praca magisterska poszła gładko, żebyś zawsze bezpiecznie wracała z akcji. Żeby spełniło się każde Twoje marzenie i duuuużo miłości.
- Dziękuję Józek. - powiedziała do radosnym głosem - Również chciałam Ci życzyć zdrówka, szczęścia i miłości. Żebyś został najlepszym magistrem astronomii na świecie i odkrył nie jedną fascynującą rzecz w kosmosie i nie tylko. Żebyś był tak wspaniałym człowiekiem jakim jesteś i żeby te najskrytsze marzenia się spełniły.
- Dziękuję. - rozbrzmiał się jego delikatny głos - Przepraszam, że mnie nie ma przy Tobie.
- Nic się nie stało. Baw się dobrze.
- Ty również. Buziaki.
- Buziaczki. Pa, pa.
Odłożyła telefon na biurko i wzięła podkład. Nacisnęła delikatnie na pompkę i na palcu pojawiła się kropla kremu o odcieniu zbliżonego do jej skóry. Nałożyła go na czoło i delikatnie rozprowadzała. Chwała temu, co wynalazł podkład. Dzięki temu jakoś wygląda, a nie chodzi ze swoimi wiecznie czerwonymi policzkami z różnej wielkości pryszczami. Nie jest fanką mocnego makijażu, ale delikatnego owszem. Jednak gdy jest w domu i nigdzie nie jedzie, to oczywiście się nie maluje. Daje odpocząć swojej skórze. Przeszła do policzków, na ich górnej części zawsze musi dać trochę więcej warstw, bo tam są najbardziej zaczerwienione.
- Gotowa? - do jej drzwi zapukał tato
- Chwilkę. - pisnęła i szybciej się upiększłała
Jeszcze tylko pomalować rzęsy i będzie gotowa.
Pierwsza kolacja wigilijna przebiegła tak jak zawsze. Gdy już cała rodzina się zjechała, to przystąpili do modlitwy. Tak jak zawsze niektórzy płakali po słowach i za tych, których przy nas już nie ma. Z Robertem z trudem powstrzymali się od śmiechu. Nigdy tego nie rozumiała, dlaczego tak jest. Potem przyszedł czas na dzielenie się opłatkiem i życzenia. Nie lubiła tego. Nie lubiła tego całowania, chociaż to była jej rodzina. Wszystkim praktycznie powtarzała to samo, no bo co ma wymyślić ? Tylko bracia usłyszeli oryginalne słowa, bo u nich można zaszaleć. Po tych męczarniach usiedli przy stole i na pierwszy rzut poszedł barszcz czerwony z uszkami.
Przyjechali do drugich dziadków. Była już tak najedzona, a czeka ją kolejna kolacja. Tylko że tutaj już lepsze towarzystwo. Ma tutaj Anie i tyle jej wystarczy. Zadowolona weszła do pokoju, gdzie już siedziała rodzinka. Miały swoje stałe miejsca koło choinki. Przecisnęła się koło stołu i usiadła na twardym krześle.
- Co tam? - zapytała kuzynkę
- A spoko. - odpowiedziała o zaczęła się śmiać - Myślałam, że już nie przyjedziecie.
- To co, zaczynamy. - powiedziała babcia, a wszyscy wstali
Robercik tak pięknie przeczytał Ewangelię, że ona się wzruszyła. Miał taki piękny głos lektora, a jeszcze nigdy go nie słyszała. Chwilę się pomodlili i przeszli do życzeń. Oczywiście pierwsza była Ania.
- Aniu, wszystkiego najlepszego, duuuuuuużo zdrówka, szczęścia, miłości z Tomaszkiem, dokończenia tej cudownej pracy magisterskiej, spełnienia wszystkich swoich marzeń, wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku. - z uśmiechem wpatrywała się w twarz przyjaciółki
- Dziękuję. Ja natomiast życzę Ci dużo zdrówka, szczęścia, obronienia magistra, spełnienia marzeń i dużo miłości.
Złamały opłatki i się do siebie przytuliły.
Nadeszła ta długo oczekiwana chwila - rozdawanie prezentów. Na zmianę brały torby prezentowe i odczytywały z karteczki do kogo należy. Nie obyło się bez śmiesznych sytuacji.
Rozpakowała jedną paczkę. Była w niej książka, którą ostatnio planowała kupić i śliczna czarna bluzka z napisem. Popatrzyła na rodziców i szeroko się uśmiechnęła.
Wzięła ciasto wycięte od szklanki i położyła je na kciuku i palcu wskazującym lewej dłoni, robiąc przy tym dołek na środku. Łyżeczką nabrała farszu z sera białego i cebuli, który umieściła na cieście. Wszystko ładnie ubiła i skleiła ze sobą końce ciasta przygniatając palcami. Nawet ładnie wychodziły te pierogi.
- Józek do Ciebie przyjedzie? - zapytała, kiedy zapełniały już drugą tacę pierogów
- Nie, pojechał do babci na kilka dni. - westchnęła
- No co ty... Nie fajnie.
- Trudno. Przynajmniej sama sobie posiedzę i odpocznę. A co z Tomkiem?
- Przyjedzie w drugi dzień świąt jakoś wcześniej, bo później jadę z nim do jego rodziny.
Ania z Tomkiem są wspaniałą parą. Są ze sobą od ponad roku, a miłość bije od nich na kilometry. Jest dla niej dobry, dba o nią, więc nie ma o co się martwić i pozostało jej tylko cieszyć się jej szczęściem. Często razem spędzają czas, są dobrze zgraną paczką. Chociaż często bywa, że Józek i Tomek nie potrafią się dogadać i w powietrzu wisi niemiła atmosfera. Boli ją to, ale nie chce stracić, ani przyjaciółki, ani chłopaka.
Odkąd pamięta ich zadaniem jest rozkładanie miejsca dla każdego. Nie lubiła układać tych talerzy, wycierać wszystkich sztućców i martwić się o wystrój. Ale zawsze z Anią puszczały sobie muzykę i wygłupiały się. Teraz mają po 24 lata i nadal to praktykują. Fajnie jest, jak coś się staje tradycją i wdraża się to w życie. Na szafce przy stole wigilijnym zostawiły także jedno wolne nakrycie dla wędrowca. Od zawsze chciała, żeby w ten wyjątkowy wieczór ktoś zapukał do drzwi i został z nimi.
- Dziewczynki, jak już skończycie, to dajcie proszę prezenty pod choinkę. - rzekła mama z kuchni
- Okej. - powiedziały równocześnie i zaczęły się śmiać
Zawsze ich rodzice robią prezenty dla każdego i potem po kolacji są rozdawane. Pamięta jak w dzieciństwie nie mogły się doczekać, aż będą mogły rozpakować swoje podarunki. Rodzice kazali jeszcze coś zjeść, zaśpiewać kolędy, a one cierpiały.
- Hoł, hoł, hoł. - z wielką torbą do pokoju wszedł Robert - Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?
- Raczej nie. - westchnęła Emilka i położyła ostatni widelec - Rozłożysz prezenty?
- Pewnie siostra. - uśmiechnął się i wziął się do pracy - Ten Twój będzie ?
- Nie. - szybko ucięła
- Jakiś słaby jest. - pisnął i odwrócił się do niej - Już tak długo jesteście razem, a ja dalej go nie poznałem.
- Nie moja wina. Na święta pojechał do babci na drugi koniec Polski.
Nie chciała już o nim rozmawiać. Każdy ją teraz o to wypytuje, jakby nie wiadomo co by to było. Przyjdzie taki czas, że w końcu go poznają. Ona chciała, ale życie jak zwykle płata figle i nie wyszło.
Przebrała się w sukienkę i usiadła przed lusterkiem. Musi zrobić jakiś lekki makijaż, żeby ukryć te pryszcze, które zaszczyciły ją swoją obecnością. Po pokoju rozniósł się dzwonek jej telefonu. Wzięła go i zobaczyła zdjęcie chłopaka. Uśmiechnięta przeciągnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha.
- Hej. - przywitała się radośnie
- Hej. - usłyszała jego głos - Co tam u Ciebie?
- A właśnie biorę się za malowanie, bo zaraz jedziemy do dziadków. - oznajmiła wygodnie opierając się o krzesło - A u Ciebie?
- Szykuję się właśnie na Wigilię. Dzwonię, bo chciałem Ci złożyć życzenia. Emilka, niech te święta będą dla Ciebie szczęśliwe. Żebyś zawsze była zdrowa i uśmiechnięta. Żeby ta praca magisterska poszła gładko, żebyś zawsze bezpiecznie wracała z akcji. Żeby spełniło się każde Twoje marzenie i duuuużo miłości.
- Dziękuję Józek. - powiedziała do radosnym głosem - Również chciałam Ci życzyć zdrówka, szczęścia i miłości. Żebyś został najlepszym magistrem astronomii na świecie i odkrył nie jedną fascynującą rzecz w kosmosie i nie tylko. Żebyś był tak wspaniałym człowiekiem jakim jesteś i żeby te najskrytsze marzenia się spełniły.
- Dziękuję. - rozbrzmiał się jego delikatny głos - Przepraszam, że mnie nie ma przy Tobie.
- Nic się nie stało. Baw się dobrze.
- Ty również. Buziaki.
- Buziaczki. Pa, pa.
Odłożyła telefon na biurko i wzięła podkład. Nacisnęła delikatnie na pompkę i na palcu pojawiła się kropla kremu o odcieniu zbliżonego do jej skóry. Nałożyła go na czoło i delikatnie rozprowadzała. Chwała temu, co wynalazł podkład. Dzięki temu jakoś wygląda, a nie chodzi ze swoimi wiecznie czerwonymi policzkami z różnej wielkości pryszczami. Nie jest fanką mocnego makijażu, ale delikatnego owszem. Jednak gdy jest w domu i nigdzie nie jedzie, to oczywiście się nie maluje. Daje odpocząć swojej skórze. Przeszła do policzków, na ich górnej części zawsze musi dać trochę więcej warstw, bo tam są najbardziej zaczerwienione.
- Gotowa? - do jej drzwi zapukał tato
- Chwilkę. - pisnęła i szybciej się upiększłała
Jeszcze tylko pomalować rzęsy i będzie gotowa.
Pierwsza kolacja wigilijna przebiegła tak jak zawsze. Gdy już cała rodzina się zjechała, to przystąpili do modlitwy. Tak jak zawsze niektórzy płakali po słowach i za tych, których przy nas już nie ma. Z Robertem z trudem powstrzymali się od śmiechu. Nigdy tego nie rozumiała, dlaczego tak jest. Potem przyszedł czas na dzielenie się opłatkiem i życzenia. Nie lubiła tego. Nie lubiła tego całowania, chociaż to była jej rodzina. Wszystkim praktycznie powtarzała to samo, no bo co ma wymyślić ? Tylko bracia usłyszeli oryginalne słowa, bo u nich można zaszaleć. Po tych męczarniach usiedli przy stole i na pierwszy rzut poszedł barszcz czerwony z uszkami.
Przyjechali do drugich dziadków. Była już tak najedzona, a czeka ją kolejna kolacja. Tylko że tutaj już lepsze towarzystwo. Ma tutaj Anie i tyle jej wystarczy. Zadowolona weszła do pokoju, gdzie już siedziała rodzinka. Miały swoje stałe miejsca koło choinki. Przecisnęła się koło stołu i usiadła na twardym krześle.
- Co tam? - zapytała kuzynkę
- A spoko. - odpowiedziała o zaczęła się śmiać - Myślałam, że już nie przyjedziecie.
- To co, zaczynamy. - powiedziała babcia, a wszyscy wstali
Robercik tak pięknie przeczytał Ewangelię, że ona się wzruszyła. Miał taki piękny głos lektora, a jeszcze nigdy go nie słyszała. Chwilę się pomodlili i przeszli do życzeń. Oczywiście pierwsza była Ania.
- Aniu, wszystkiego najlepszego, duuuuuuużo zdrówka, szczęścia, miłości z Tomaszkiem, dokończenia tej cudownej pracy magisterskiej, spełnienia wszystkich swoich marzeń, wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku. - z uśmiechem wpatrywała się w twarz przyjaciółki
- Dziękuję. Ja natomiast życzę Ci dużo zdrówka, szczęścia, obronienia magistra, spełnienia marzeń i dużo miłości.
Złamały opłatki i się do siebie przytuliły.
Nadeszła ta długo oczekiwana chwila - rozdawanie prezentów. Na zmianę brały torby prezentowe i odczytywały z karteczki do kogo należy. Nie obyło się bez śmiesznych sytuacji.
Rozpakowała jedną paczkę. Była w niej książka, którą ostatnio planowała kupić i śliczna czarna bluzka z napisem. Popatrzyła na rodziców i szeroko się uśmiechnęła.
sobota, 29 września 2018
Rozdział 5
Już niedługo będą święta. Ten czas tak szybko zleciał. Ostatnie zajęcia na uczelni w tym roku kalendarzowym. Ostatni wykład jak zwykle się dłużył. Nie mogła na nim wysiedzieć, więc jak wykładowca powiedział: Na dzisiaj to już będzie koniec. Życzę wam wszystkim wesołych świąt. Była najszczęśliwszą osobą na świecie. Schowała swój zeszyt i szybko wyrwała z sali. Radosna zbiegła po schodach do szatni. Zastała tam jak zwykle uśmiechniętą panią. Wygrzebała w kieszeni numerek i podała go. Zaraz już miała swój czarny płaszczyk.
- Dziękuję pani bardzo. Życzę wesołych świąt. - powiedziała z szerokim uśmiechem i udała się do wyjścia.
Tam ujrzała jego. Stał w swojej niebieskiej kurtce i czarnej czapce. Jego brązowe oczy lśniły.
- Cześć piękna. - przywitał się wesoło i dał jej buziaka
- Cześć przystojniaku. - przytuliła się do niego
- No to teraz tyle wolnego. - zaśmiał się
- Miałeś mieć zajęcia do 16, a jest 14. Co to za szachrajki ? - podniosła brwi
- Tak wyszło. - puścił jej oczko i otworzył przed nią drzwi
Z nieba prószył delikatnie śnieg. Była tak piękna aura, że można było się czuć jak w bajce. Nałożyła rękawiczki i splotła ich dłonie. Mają swój rytuał, że jak ją odbiera z uczelni, to po drodze wpadają do kawiarni niedaleko i zamawiają kawę i pyszny sernik. Tym razem tak też się stało. Nigdy nie ma tam wiele osób. Ale to dobrze. Nie ma wielkiego szumu, można normalnie porozmawiać i nacieszyć się sobą. Podeszli do swojego ulubionego stolika w rogu lokalu i rozpłaszczyli się. Jak zwykle jego włosy były w totalnym nieładzie po ściągnięciu czapki. Zanurzyła dłoń w jego czuprynie i ułożyła ją, tak jak być powinna.
- Dziękuję. - uśmiechnął się i zajął miejsce - Ja jednak nie dam rady przyjechać na święta. Rodzice postanowili, że pojedziemy do babci na kilka dni. Przepraszam.
Trochę ją to zasmuciło. Myślała, że w końcu przedstawi rodzinie swojego chłopaka i spędzi z nim święta. Już miała takie plany, co będą razem robić, a tu jak zwykle nic z tego.
- Nu trudno. - westchnęła i spuściła wzrok
- No Emilka, przepraszam, tak? - złapał za jej dłoń - Ale zrozum, że babcia mieszka na drugim końcu Polski i dawno jej nie widziałem. A rodzice powiedzieli mi o tym dopiero wczoraj.
- Przecież nic nie mówię. - burknęła
- Ale jesteś zła.
- Nie jestem. - popatrzyła na niego
- No widzę, że jesteś. - napierał na nią
- Tak jestem. Bo rozumiem, że chcesz jechać do babci. Ale przecież nie musisz tam być tyle, co twoi rodzice. Jesteś już dorosłym chłopcem. Czy się mylę ? - w jej oczach stanęły łzy
- Emilka, proszę. Nie chcę się kłócił. - powiedział łagodnie - Obiecuję, że Ci to wynagrodzę. Nie bądź zła. Proszę Cię.
- Dobra. - westchnęła i wyjrzała przez okno
To chyba pierwsza ich taka kłótnia. Do tej pory wszystko było okej. Rozpieszczali się nawzajem o żyli jak w bajce.
Po miesiącu ich znajomości zaprosił ją na kręgle. Myślała, że to będzie zwyczajny jak ich każdy wypad, taki koleżeński. Dogadywali się bardzo dobrze, lubili ze sobą spędzać czas. Rzuciła już kolejny raz kulą i zbiła wszystkie kręgle. Zadowolona odwróciła się do niego i stanęła jak wryta. Stał przed nią z piękną, czerwoną różą. Patrzył na nią z przepięknym uśmiechem.
- Zostaniesz moją dziewczyną? - zapytał łagodnie
Nie spodziewała się tego. Do tej pory traktowała go jak swojego przyjaciela. Nie myślała, żeby z tego było coś więcej.
- Tak. - wydukała, po czym dopiero po chwili do niej dotarło, że to powiedziała
Zadowolony dał jej kwiatka i mocno przytulił. Dalej do niej nie dochodziło co się wydarzyło. Przecież mieli być tylko przyjaciółmi. Z resztą, to chyba będzie to samo, nic się nie zmieni. Tylko zmieni się nazewnictwo. To jest mój chłopak. Ale w sumie chyba nie można lepiej trafić na chłopaka jak na swojego przyjaciela. On o tobie wie wszystko, zna Cię najlepiej.
- Zaskoczyłeś mnie Józio. - przyłożyła różę do nosa i rozkoszowała się jej zapachem - Jest śliczna, naprawdę.
Do ich stolika podeszła kelnerka z ich zamówieniem. Podziękowali ładnie i wzięli się za konsumowanie. Nie chciała się na razie odzywać, żeby nie wywołać znowu jakiejś niepotrzebnej sprzeczki. Była dalej wkurzona za ten wyjazd. Wiedział, że jej bardzo zależy na tych świętach. Już nic nie musi robić, żeby jej wynagrodzić, nic od niego nie chce.
- O której wracasz do domu? - zapytał ją po długiej ciszy, jak już prawie wypili całą kawę
- Nie wiem, ale chyba jak najszybciej. - mruknęła kładąc szklankę na talerzyk, co oznaczało że już skończyła - Jestem zmęczona.
Popatrzył się na nią smutno. Nie lubiła oglądać go w takim stanie. Zawsze było jej go szkoda. Bo to rzadki widok, żeby on był smutny. Wiecznie uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia. Teraz on jest przyczyną jego stanu. Ale przecież sam jej sobie winien. To nie ona w ostatniej chwili, mówi że musi zmienić swoje plany i nie spędzi świąt ze swoim chłopakiem.
- Jeśli tak chcesz. - rzekł i zaczął się ubierać
- Józek, no. Nie bądź taki. - ubrała się szybko i opuścili lokal
- Chciałem z Tobą spędzić trochę czasu, a teraz ty mi oświadczasz, że chcesz jechać do domu. Może miałem coś zaplanowane dla nas?
- To jest nie fair. - oburzyła się - Jak ty mi oznajmiasz, że nie będzie cię na święta, chociaż ostatnio mówiłeś, że jak najbardziej i nie możesz się doczekać i już wszystko zaplanowała, to jest okej? A jak ja chcę pojechać do domu, bo jestem zmęczona po wykładach, to już wielka obraza majestatu, bo nie poszło po myśli Józka. Weź czasami pomyśl, zanim coś powiesz, to nie boli, uwierz mi.
Zdenerwowana szła przed siebie. Teraz już naprawdę ją wkurzył. Marzyła, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i pójść spać. Była wykończona ostatnimi dniami i jej harówą. Dlaczego ten dzień nie mógł być tak piękny jak się zapowiadał ? Chciała tylko miło spędzić czas z chłopakiem, a tu takie problemy. Czuła się zraniona, bo teraz on ją o wszystko wini, a tak naprawdę to jego wina.
- Emilka, przepraszam. - złapał ją za rękę, którą wyszarpała - No proszę Cię. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Emi.
- Matko! Z tobą gorzej jak z babą! - warknęła i złapała jego dłoń
- Oj tam. - zaśmiał się i przytulił ją - Przepraszam Cię. Mój błąd.
Poczuła jego ciepło i znajomy zapach. W jednej chwili cała złość opadła i uśmiechnęła się.
- To idziemy spacerkiem na dworzec, czy jedziemy autobusem? - przyłożył palec do jej nosa
- Możemy autobusem, ale do Ciebie. - uśmiechnęła się i złączyła ich wargi
Na jego twarzy zagościł najpiękniejszy uśmiech i ruszyli w stronę przystanku. Ona od zawsze łatwo wybacza. Zawsze jest tą pierwszą, która wyciąga rękę. Posprzecza się z kimś, minie niewiele czasu, a ona już zapomina o wszystkim i normalnie żyje z tamtą osobą, chociaż tamten jest jeszcze na nią wkurzony. Tym razem Józek zadziałał, ale już mu odpuściła tamten wyjazd w święta.
Świąteczny nastrój panował dookoła. No z resztą Wigilia już jutro. Uwielbiała ten czas w roku. Wszystko tak ładnie przyozdobione, ludzie wydają się tacy weselsi, no i oczywiście magia świąt. Nie da się tego opisać słowami, ale chyba każdy wie o co chodzi.
- Masz w domu składniki do pierników ? - zapytała wesoła
- Yyyyy, raczej nie. - popatrzył na nią zdziwiony
- No to jeszcze musimy wstąpić do sklepu. Kupimy parę rzeczy i upieczemy sobie pierniki. - klasnęła w dłonie i rozmarzyła się, bo już poczuła ich smak - Do tego cieplutkie kakałko i będzie idealnie.
- Jak tak chcesz. - westchnął
- Nie spędzimy razem świąt, to chociaż trochę się poczujemy, jakby to były święta.
- Dobrze, dobrze. - objął ją ramieniem
Zadowolona machała reklamówką ze składnikami na wypieki. Byli już na klatce schodowej, a jej podekscytowanie ciągle rosło. Gdy tylko weszła do mieszkania zrzuciła nakrycie wierzchnie i od razu udała się do kuchni. Rozpakowała produkty na blat i umyła ręce.
- Cieszysz się jak dziecko. - zaśmiał się zastając ją w kuchni
- A ty się nie cieszysz? - odwróciła się do niego z lekkim uśmiechem
- Oczywiście, że się cieszę. - objął ją w pasie i namiętnie pocałował - Oczywiście, że się cieszę.
Wpatrywała się w jego przepiękne oczy. Były tak hipnotyzujące, że nie mogła się od nich oderwać. Delikatnie położyła dłoń na jego twarzy i złączyła ich wargi w krótkim pocałunku.
- Musimy się spieszyć, bo nie zamierzam wracać po nocach do domu. - odwróciła się do blatu i wzięła się za wypieki
- Zawsze możesz zostać u mnie. - westchnął
- Józek, jutro są święta. a poza tym ty jedziesz do babci. Byłoby tylko niepotrzebne zamieszanie. No rusz się chłopie. - podała mu miskę
Leżeli wtuleni w siebie na kanapie i oglądali jakąś komedię. Tak bardzo by chciała, żeby był z nią na święta. No ale jak mus, to mus. Sama sobie nie wyobraża świąt bez babci. A jeszcze jak mieszka tak daleko jak jego, to już w ogóle. Człowiek chce w tak szczególny dzień spędzić czas z najbliższymi.
- Zapomniałbym. - podniósł się i podszedł do szafy
Wyciągnął z niej coś ładnie opakowanego w świąteczny papier.
- Proszę. - wręczył to jej
- Ale Józek, ja nie mam dla Ciebie prezentu, został w domu, bo miałam Ci go dać w święta. - patrzyła na niego ze łzami w oczach
- To co z tego. - zaśmiał się - Dasz mi go później. A teraz bierz. Z resztą, to od gwiazdora, nie ode mnie.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się i mocno do niego przytuliła
Zadowolona wzięła się za rozpakowywanie. Odnalazła taśmę klejącą i delikatnie za nią ciągnęła. Zawsze jak otwierała prezenty, to robiła to tak, żeby jak najmniej zniszczyć papieru, żeby wszystko było ładnie. Może zajmowało to więcej czasu, ale to tylko dodawało ekscytacji. Po chwili było widać już skrawek jakiegoś czarnego materiału.
- Sam to pakowałeś ? - zapytała
Pokiwał twierdząco głową.
- Ślicznie.
W końcu otworzyła całość i jej oczom ukazała się termoaktywna koszulka z długim rękawem i napisem straż. Taka, o jakiej marzyła.
- Dziękuję. - pisnęła i rzuciła mu się na szyję - Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Jest naprawdę śliczna. Kochany jesteś.
- Cieszę się, że Ci się podoba. - z szerokim uśmiechem dał jej buziaka
- I to jak. - była bardzo zadowolona
- Dziękuję pani bardzo. Życzę wesołych świąt. - powiedziała z szerokim uśmiechem i udała się do wyjścia.
Tam ujrzała jego. Stał w swojej niebieskiej kurtce i czarnej czapce. Jego brązowe oczy lśniły.
- Cześć piękna. - przywitał się wesoło i dał jej buziaka
- Cześć przystojniaku. - przytuliła się do niego
- No to teraz tyle wolnego. - zaśmiał się
- Miałeś mieć zajęcia do 16, a jest 14. Co to za szachrajki ? - podniosła brwi
- Tak wyszło. - puścił jej oczko i otworzył przed nią drzwi
Z nieba prószył delikatnie śnieg. Była tak piękna aura, że można było się czuć jak w bajce. Nałożyła rękawiczki i splotła ich dłonie. Mają swój rytuał, że jak ją odbiera z uczelni, to po drodze wpadają do kawiarni niedaleko i zamawiają kawę i pyszny sernik. Tym razem tak też się stało. Nigdy nie ma tam wiele osób. Ale to dobrze. Nie ma wielkiego szumu, można normalnie porozmawiać i nacieszyć się sobą. Podeszli do swojego ulubionego stolika w rogu lokalu i rozpłaszczyli się. Jak zwykle jego włosy były w totalnym nieładzie po ściągnięciu czapki. Zanurzyła dłoń w jego czuprynie i ułożyła ją, tak jak być powinna.
- Dziękuję. - uśmiechnął się i zajął miejsce - Ja jednak nie dam rady przyjechać na święta. Rodzice postanowili, że pojedziemy do babci na kilka dni. Przepraszam.
Trochę ją to zasmuciło. Myślała, że w końcu przedstawi rodzinie swojego chłopaka i spędzi z nim święta. Już miała takie plany, co będą razem robić, a tu jak zwykle nic z tego.
- Nu trudno. - westchnęła i spuściła wzrok
- No Emilka, przepraszam, tak? - złapał za jej dłoń - Ale zrozum, że babcia mieszka na drugim końcu Polski i dawno jej nie widziałem. A rodzice powiedzieli mi o tym dopiero wczoraj.
- Przecież nic nie mówię. - burknęła
- Ale jesteś zła.
- Nie jestem. - popatrzyła na niego
- No widzę, że jesteś. - napierał na nią
- Tak jestem. Bo rozumiem, że chcesz jechać do babci. Ale przecież nie musisz tam być tyle, co twoi rodzice. Jesteś już dorosłym chłopcem. Czy się mylę ? - w jej oczach stanęły łzy
- Emilka, proszę. Nie chcę się kłócił. - powiedział łagodnie - Obiecuję, że Ci to wynagrodzę. Nie bądź zła. Proszę Cię.
- Dobra. - westchnęła i wyjrzała przez okno
To chyba pierwsza ich taka kłótnia. Do tej pory wszystko było okej. Rozpieszczali się nawzajem o żyli jak w bajce.
Po miesiącu ich znajomości zaprosił ją na kręgle. Myślała, że to będzie zwyczajny jak ich każdy wypad, taki koleżeński. Dogadywali się bardzo dobrze, lubili ze sobą spędzać czas. Rzuciła już kolejny raz kulą i zbiła wszystkie kręgle. Zadowolona odwróciła się do niego i stanęła jak wryta. Stał przed nią z piękną, czerwoną różą. Patrzył na nią z przepięknym uśmiechem.
- Zostaniesz moją dziewczyną? - zapytał łagodnie
Nie spodziewała się tego. Do tej pory traktowała go jak swojego przyjaciela. Nie myślała, żeby z tego było coś więcej.
- Tak. - wydukała, po czym dopiero po chwili do niej dotarło, że to powiedziała
Zadowolony dał jej kwiatka i mocno przytulił. Dalej do niej nie dochodziło co się wydarzyło. Przecież mieli być tylko przyjaciółmi. Z resztą, to chyba będzie to samo, nic się nie zmieni. Tylko zmieni się nazewnictwo. To jest mój chłopak. Ale w sumie chyba nie można lepiej trafić na chłopaka jak na swojego przyjaciela. On o tobie wie wszystko, zna Cię najlepiej.
- Zaskoczyłeś mnie Józio. - przyłożyła różę do nosa i rozkoszowała się jej zapachem - Jest śliczna, naprawdę.
Do ich stolika podeszła kelnerka z ich zamówieniem. Podziękowali ładnie i wzięli się za konsumowanie. Nie chciała się na razie odzywać, żeby nie wywołać znowu jakiejś niepotrzebnej sprzeczki. Była dalej wkurzona za ten wyjazd. Wiedział, że jej bardzo zależy na tych świętach. Już nic nie musi robić, żeby jej wynagrodzić, nic od niego nie chce.
- O której wracasz do domu? - zapytał ją po długiej ciszy, jak już prawie wypili całą kawę
- Nie wiem, ale chyba jak najszybciej. - mruknęła kładąc szklankę na talerzyk, co oznaczało że już skończyła - Jestem zmęczona.
Popatrzył się na nią smutno. Nie lubiła oglądać go w takim stanie. Zawsze było jej go szkoda. Bo to rzadki widok, żeby on był smutny. Wiecznie uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia. Teraz on jest przyczyną jego stanu. Ale przecież sam jej sobie winien. To nie ona w ostatniej chwili, mówi że musi zmienić swoje plany i nie spędzi świąt ze swoim chłopakiem.
- Jeśli tak chcesz. - rzekł i zaczął się ubierać
- Józek, no. Nie bądź taki. - ubrała się szybko i opuścili lokal
- Chciałem z Tobą spędzić trochę czasu, a teraz ty mi oświadczasz, że chcesz jechać do domu. Może miałem coś zaplanowane dla nas?
- To jest nie fair. - oburzyła się - Jak ty mi oznajmiasz, że nie będzie cię na święta, chociaż ostatnio mówiłeś, że jak najbardziej i nie możesz się doczekać i już wszystko zaplanowała, to jest okej? A jak ja chcę pojechać do domu, bo jestem zmęczona po wykładach, to już wielka obraza majestatu, bo nie poszło po myśli Józka. Weź czasami pomyśl, zanim coś powiesz, to nie boli, uwierz mi.
Zdenerwowana szła przed siebie. Teraz już naprawdę ją wkurzył. Marzyła, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i pójść spać. Była wykończona ostatnimi dniami i jej harówą. Dlaczego ten dzień nie mógł być tak piękny jak się zapowiadał ? Chciała tylko miło spędzić czas z chłopakiem, a tu takie problemy. Czuła się zraniona, bo teraz on ją o wszystko wini, a tak naprawdę to jego wina.
- Emilka, przepraszam. - złapał ją za rękę, którą wyszarpała - No proszę Cię. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Emi.
- Matko! Z tobą gorzej jak z babą! - warknęła i złapała jego dłoń
- Oj tam. - zaśmiał się i przytulił ją - Przepraszam Cię. Mój błąd.
Poczuła jego ciepło i znajomy zapach. W jednej chwili cała złość opadła i uśmiechnęła się.
- To idziemy spacerkiem na dworzec, czy jedziemy autobusem? - przyłożył palec do jej nosa
- Możemy autobusem, ale do Ciebie. - uśmiechnęła się i złączyła ich wargi
Na jego twarzy zagościł najpiękniejszy uśmiech i ruszyli w stronę przystanku. Ona od zawsze łatwo wybacza. Zawsze jest tą pierwszą, która wyciąga rękę. Posprzecza się z kimś, minie niewiele czasu, a ona już zapomina o wszystkim i normalnie żyje z tamtą osobą, chociaż tamten jest jeszcze na nią wkurzony. Tym razem Józek zadziałał, ale już mu odpuściła tamten wyjazd w święta.
Świąteczny nastrój panował dookoła. No z resztą Wigilia już jutro. Uwielbiała ten czas w roku. Wszystko tak ładnie przyozdobione, ludzie wydają się tacy weselsi, no i oczywiście magia świąt. Nie da się tego opisać słowami, ale chyba każdy wie o co chodzi.
- Masz w domu składniki do pierników ? - zapytała wesoła
- Yyyyy, raczej nie. - popatrzył na nią zdziwiony
- No to jeszcze musimy wstąpić do sklepu. Kupimy parę rzeczy i upieczemy sobie pierniki. - klasnęła w dłonie i rozmarzyła się, bo już poczuła ich smak - Do tego cieplutkie kakałko i będzie idealnie.
- Jak tak chcesz. - westchnął
- Nie spędzimy razem świąt, to chociaż trochę się poczujemy, jakby to były święta.
- Dobrze, dobrze. - objął ją ramieniem
Zadowolona machała reklamówką ze składnikami na wypieki. Byli już na klatce schodowej, a jej podekscytowanie ciągle rosło. Gdy tylko weszła do mieszkania zrzuciła nakrycie wierzchnie i od razu udała się do kuchni. Rozpakowała produkty na blat i umyła ręce.
- Cieszysz się jak dziecko. - zaśmiał się zastając ją w kuchni
- A ty się nie cieszysz? - odwróciła się do niego z lekkim uśmiechem
- Oczywiście, że się cieszę. - objął ją w pasie i namiętnie pocałował - Oczywiście, że się cieszę.
Wpatrywała się w jego przepiękne oczy. Były tak hipnotyzujące, że nie mogła się od nich oderwać. Delikatnie położyła dłoń na jego twarzy i złączyła ich wargi w krótkim pocałunku.
- Musimy się spieszyć, bo nie zamierzam wracać po nocach do domu. - odwróciła się do blatu i wzięła się za wypieki
- Zawsze możesz zostać u mnie. - westchnął
- Józek, jutro są święta. a poza tym ty jedziesz do babci. Byłoby tylko niepotrzebne zamieszanie. No rusz się chłopie. - podała mu miskę
Leżeli wtuleni w siebie na kanapie i oglądali jakąś komedię. Tak bardzo by chciała, żeby był z nią na święta. No ale jak mus, to mus. Sama sobie nie wyobraża świąt bez babci. A jeszcze jak mieszka tak daleko jak jego, to już w ogóle. Człowiek chce w tak szczególny dzień spędzić czas z najbliższymi.
- Zapomniałbym. - podniósł się i podszedł do szafy
Wyciągnął z niej coś ładnie opakowanego w świąteczny papier.
- Proszę. - wręczył to jej
- Ale Józek, ja nie mam dla Ciebie prezentu, został w domu, bo miałam Ci go dać w święta. - patrzyła na niego ze łzami w oczach
- To co z tego. - zaśmiał się - Dasz mi go później. A teraz bierz. Z resztą, to od gwiazdora, nie ode mnie.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się i mocno do niego przytuliła
Zadowolona wzięła się za rozpakowywanie. Odnalazła taśmę klejącą i delikatnie za nią ciągnęła. Zawsze jak otwierała prezenty, to robiła to tak, żeby jak najmniej zniszczyć papieru, żeby wszystko było ładnie. Może zajmowało to więcej czasu, ale to tylko dodawało ekscytacji. Po chwili było widać już skrawek jakiegoś czarnego materiału.
- Sam to pakowałeś ? - zapytała
Pokiwał twierdząco głową.
- Ślicznie.
W końcu otworzyła całość i jej oczom ukazała się termoaktywna koszulka z długim rękawem i napisem straż. Taka, o jakiej marzyła.
- Dziękuję. - pisnęła i rzuciła mu się na szyję - Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Jest naprawdę śliczna. Kochany jesteś.
- Cieszę się, że Ci się podoba. - z szerokim uśmiechem dał jej buziaka
- I to jak. - była bardzo zadowolona
Rozdział 4
Przychodzi jesień, dni stają się krótsze i takie ponure. Czasami jednak jest tak wspaniała aura, że zapiera dech w piersi. Te lśniące kolorowe liście na drzewach kąpane w promieniach słońca. Dróżki w parku wyglądają jak z bajki. Radosne biegające dzieciaki, zakochane pary spacerujące trzymając się za dłonie, czy umorusany maluch z kupą liści rozrzucaną nad sobą. Jak tylko następuje taki dzień, lubi po zajęciach na uczelni zrezygnować z autobusu na dworzec i udaje się na niego pieszo przez park. Często przysiada na ławce i napawa się takimi widokami. Zawsze na jej twarzy pojawia się uśmiech. Lubi się cieszyć szczęściem innych, nawet tych których nie zna.
Tego dnia było tak samo. Usiadła na swojej ulubionej ławce i wystawiła twarz do jesiennego słońca. W oddali słychać było wesołe piski dzieci. Wiedziała, że zaraz na horyzoncie pojawi się radosna rodzinka, którą będzie mogła podziwiać. Do tego nad jej głową ptaki urządziły sobie koncert, który mogła podziwiać w pierwszym rzędzie. Zamknęła oczy i z lekkim uśmiechem przysłuchiwała się pięknym śpiewom. Został jej ostatni rok studiowania. Tak szybko to zleciała. Pamięta jak dopiero szła pierwszy dzień na zajęcia i była przestraszona. Nie wiedziała co i jak, obce miasto, obcy ludzie. Ale do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Człowiek popada w rutynę. Wstać wcześnie rano, dostać się do wioski obok, stamtąd godzina jazdy busem, potem przesiadka do miejskiego i uczelnia. I tak dzień w dzień. Męczący jest ten układ, ale da się przeżyć. Poczuła na twarzy delikatne muśnięcie. Otworzyła oczy i popatrzyła w dół. Na jej kolanach leżał żółto- czerwony liść. Złapała za jego ogonek i przewracała go w palcach. Był taki śliczny. Nagle poczuła się jakoś dziwnie. Tak jakby ktoś ją obserwował. Odwróciła się zwyczajnie w bok i kilka ławek dalej zauważyła chłopaka. Był gdzieś w jej wieku. Patrzył się na nią z uśmiechem. Jego blond włosy ułożone na bok idealnie pasowały do błyszczących brązowych oczu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie i powróciła do obserwacji liścia. Miała wyjątkowo dobry humor i dla wszystkich była miła. Radosna dziewczynka przemknęła przed nią i zniknęła za ławką. Zaraz za nią z jęzorem na wierzchu biegł malutki, jasny piesek. Widać, że szczeniak.
- Przepraszam. - usłyszała niski, męski głos przed sobą
Przeniosła wzrok na niespodziewanego gościa. Teraz na jego twarzy zatrzymywały się promienie słoneczne, co dodawało uroku.
- Mogę się dosiąść?
Dopiero po chwili dotarło, że to do niej. Otrząsnęła się z zamyślenia i przerzuciła torbę na brzeg ławki robiąc mu miejsce.
- Tak, jasne. Siadaj. - powiedziała wesoło
Uśmiech wciąż nie schodził mu z twarzy. Delikatnie przycupnął i wpatrywał się w coś przed sobą. Powiodła wzrokiem w to samo miejsce i ujrzała ptaszka skaczącego po oparciu ławki na przeciwko. Tak jakby ćwiczył jakieś akrobacje.
- Wiesz co? - odezwał się jako pierwszy - Lubię oglądać ludzi, którzy zatrzymują się na chwilę i odrywają od życia. Tak jak ty. Ta szczera radość wymalowana na twarzy.
Zaśmiała się cicho i przeniosła wzrok na niego.
- Często tak podchodzisz do ludzi i im to mówisz? - zagadała rozbawiona
-Właściwie. - zatrzymał się - To nigdy. - zaczął się śmiać.
- To co się stało, że do mnie podszedłeś?
- Zaciekawiłaś mnie. Tak ślicznie wyglądałaś jak z zamkniętymi oczami zwróciłaś twarz do słońca. - popatrzył na swoje stopy
- To miłe. - czuła jak na jej policzkach pojawiają się wypieki
- Józek jestem. - podał jej dłoń
Mocno ją uścisnęła i potrząsnęła.
- Emilka.
Był bardzo czarujący. Nie mogła się nadziwić jego urodą. Był taki przystojny, a przy tym słodki. Nikt dawno jej tak nie oczarował. Ale chyba nie powinna tak łatwo dać się oczarować. Ostatnio bardzo przez to cierpiała. Nie chce powtórki.
- Wiesz co. - westchnęła - Niestety muszę już iść. Zaraz mam autobus do domu, a droga przede mną długa.
Chwyciła swoją torbę i wstała.
- Odprowadzę Cię. - zaoferował szybko się podnosząc i stojąc koło niej
- Nie chcę robić kłopotu. - zebrała się do marszu
Nie chciała nawiązywać nowych znajomości, ale on był taki uroczy. Opierała się, ale tylko tak na pozór.
- Daj spokój. - zaśmiał się - Z chęcią się przejdę. Ile można żyć nauką, nie?
- Taa. - mruknęła i szli koło siebie - Co studiujesz?
- Astronomię. Właściwie to już ostatni rok i mam magistra.
- Wow, astronomia. Zawsze podziwiałam tych, co wiedzą co się dzieje na niebie.
- Nic takiego. - uśmiechnął się - A ty? Co studiujesz?
- Bezpieczeństwo ekologiczne.
- Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest. Musi być ciekawe.
- Nawet.
Z minuty na minutę lubiła go coraz bardziej. Starał się ją zrozumieć i wszystko uważnie słuchać. Mówił o sobie w tak ciekawy sposób, że była pod wrażeniem. Mogłaby z nim rozmawiać godzinami, ale niestety droga do autobusu szybko zleciała i musieli kończyć.
- Dasz mi swój numer? - popatrzył na nią nieśmiało, jak już miała wsiadać
Przystanęła i nie wiedziała co zrobić. Trochę ją to zaskoczyło. Czy powinna ? Wydaje się być miłym chłopakiem i wydaje jej się, że będzie mogła z nim normalnie porozmawiać.
- Okej. - wyciągnęła rękę po telefon - Masz szczęście, że mam dobry humor.
Wystukała na ekranie odpowiednie cyfry i oddała urządzenie właścicielowi.
- Dziękuję za miłe towarzystwo. - uśmiechnęła się i wsiadła do busa
Jeszcze w lekkim szoku wydukała do kierowcy, gdzie chce bilet i po chwili siedziała już na pojedynczym siedzeniu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła Józka, który uśmiecha się do telefonu. W tej chwili podniósł głowę i popatrzył w jej stronę. Delikatnie uśmiechnęła się i pomachała. Odwzajemnił gest, a oni ruszyli. Jak to niespodziewanie można wpaść na miłe osoby. Ale czy na pewni dobrze zrobiła, że dała mu numer? Mogła zostawić ich znajomość przed autobusem i miała by miłe wspomnienia z tego dnia. Daj znać jak dojedziesz ;) Józek Wiadomość wyświetliła się na jej telefonie. To miłe, że się o nią troszczy. Mają swoje numery, to już chyba znaczy, że na dłużej będą mieć kontakt, a nie porzucenie bez słowa. Było to już ponad 2 miesiące temu, a ją dalej trochę boli. Obiecała sobie, że by następnej takiej sytuacji będzie ostrożna. Ale jak widać, nie wyszło. Nikomu o tym nie powiedziała, nawet swojej przyjaciółce. Nie chciała zawracać jej głowy kolejną błahostką.
Ale może teraz, dzięki Józkowi zapomni o tamtym. Chciałaby bardzo. Na szczęście jego osoba już jest słabym wspomnieniem. Dała się porwać w wir nauki i nie zwraca uwagi na nic innego. Pisze pracę magisterską, co też zabiera sporo czasu i nie ma miejsca na jakieś nie potrzebne rozmyślania. Chce o nim zapomnieć, na sto procent. Jest już tego pewna. Wymaże te wspomnienie z pamięci i takiego kogoś jak Michał nie zna. Koniec.
Tego dnia było tak samo. Usiadła na swojej ulubionej ławce i wystawiła twarz do jesiennego słońca. W oddali słychać było wesołe piski dzieci. Wiedziała, że zaraz na horyzoncie pojawi się radosna rodzinka, którą będzie mogła podziwiać. Do tego nad jej głową ptaki urządziły sobie koncert, który mogła podziwiać w pierwszym rzędzie. Zamknęła oczy i z lekkim uśmiechem przysłuchiwała się pięknym śpiewom. Został jej ostatni rok studiowania. Tak szybko to zleciała. Pamięta jak dopiero szła pierwszy dzień na zajęcia i była przestraszona. Nie wiedziała co i jak, obce miasto, obcy ludzie. Ale do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Człowiek popada w rutynę. Wstać wcześnie rano, dostać się do wioski obok, stamtąd godzina jazdy busem, potem przesiadka do miejskiego i uczelnia. I tak dzień w dzień. Męczący jest ten układ, ale da się przeżyć. Poczuła na twarzy delikatne muśnięcie. Otworzyła oczy i popatrzyła w dół. Na jej kolanach leżał żółto- czerwony liść. Złapała za jego ogonek i przewracała go w palcach. Był taki śliczny. Nagle poczuła się jakoś dziwnie. Tak jakby ktoś ją obserwował. Odwróciła się zwyczajnie w bok i kilka ławek dalej zauważyła chłopaka. Był gdzieś w jej wieku. Patrzył się na nią z uśmiechem. Jego blond włosy ułożone na bok idealnie pasowały do błyszczących brązowych oczu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie i powróciła do obserwacji liścia. Miała wyjątkowo dobry humor i dla wszystkich była miła. Radosna dziewczynka przemknęła przed nią i zniknęła za ławką. Zaraz za nią z jęzorem na wierzchu biegł malutki, jasny piesek. Widać, że szczeniak.
- Przepraszam. - usłyszała niski, męski głos przed sobą
Przeniosła wzrok na niespodziewanego gościa. Teraz na jego twarzy zatrzymywały się promienie słoneczne, co dodawało uroku.
- Mogę się dosiąść?
Dopiero po chwili dotarło, że to do niej. Otrząsnęła się z zamyślenia i przerzuciła torbę na brzeg ławki robiąc mu miejsce.
- Tak, jasne. Siadaj. - powiedziała wesoło
Uśmiech wciąż nie schodził mu z twarzy. Delikatnie przycupnął i wpatrywał się w coś przed sobą. Powiodła wzrokiem w to samo miejsce i ujrzała ptaszka skaczącego po oparciu ławki na przeciwko. Tak jakby ćwiczył jakieś akrobacje.
- Wiesz co? - odezwał się jako pierwszy - Lubię oglądać ludzi, którzy zatrzymują się na chwilę i odrywają od życia. Tak jak ty. Ta szczera radość wymalowana na twarzy.
Zaśmiała się cicho i przeniosła wzrok na niego.
- Często tak podchodzisz do ludzi i im to mówisz? - zagadała rozbawiona
-Właściwie. - zatrzymał się - To nigdy. - zaczął się śmiać.
- To co się stało, że do mnie podszedłeś?
- Zaciekawiłaś mnie. Tak ślicznie wyglądałaś jak z zamkniętymi oczami zwróciłaś twarz do słońca. - popatrzył na swoje stopy
- To miłe. - czuła jak na jej policzkach pojawiają się wypieki
- Józek jestem. - podał jej dłoń
Mocno ją uścisnęła i potrząsnęła.
- Emilka.
Był bardzo czarujący. Nie mogła się nadziwić jego urodą. Był taki przystojny, a przy tym słodki. Nikt dawno jej tak nie oczarował. Ale chyba nie powinna tak łatwo dać się oczarować. Ostatnio bardzo przez to cierpiała. Nie chce powtórki.
- Wiesz co. - westchnęła - Niestety muszę już iść. Zaraz mam autobus do domu, a droga przede mną długa.
Chwyciła swoją torbę i wstała.
- Odprowadzę Cię. - zaoferował szybko się podnosząc i stojąc koło niej
- Nie chcę robić kłopotu. - zebrała się do marszu
Nie chciała nawiązywać nowych znajomości, ale on był taki uroczy. Opierała się, ale tylko tak na pozór.
- Daj spokój. - zaśmiał się - Z chęcią się przejdę. Ile można żyć nauką, nie?
- Taa. - mruknęła i szli koło siebie - Co studiujesz?
- Astronomię. Właściwie to już ostatni rok i mam magistra.
- Wow, astronomia. Zawsze podziwiałam tych, co wiedzą co się dzieje na niebie.
- Nic takiego. - uśmiechnął się - A ty? Co studiujesz?
- Bezpieczeństwo ekologiczne.
- Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest. Musi być ciekawe.
- Nawet.
Z minuty na minutę lubiła go coraz bardziej. Starał się ją zrozumieć i wszystko uważnie słuchać. Mówił o sobie w tak ciekawy sposób, że była pod wrażeniem. Mogłaby z nim rozmawiać godzinami, ale niestety droga do autobusu szybko zleciała i musieli kończyć.
- Dasz mi swój numer? - popatrzył na nią nieśmiało, jak już miała wsiadać
Przystanęła i nie wiedziała co zrobić. Trochę ją to zaskoczyło. Czy powinna ? Wydaje się być miłym chłopakiem i wydaje jej się, że będzie mogła z nim normalnie porozmawiać.
- Okej. - wyciągnęła rękę po telefon - Masz szczęście, że mam dobry humor.
Wystukała na ekranie odpowiednie cyfry i oddała urządzenie właścicielowi.
- Dziękuję za miłe towarzystwo. - uśmiechnęła się i wsiadła do busa
Jeszcze w lekkim szoku wydukała do kierowcy, gdzie chce bilet i po chwili siedziała już na pojedynczym siedzeniu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła Józka, który uśmiecha się do telefonu. W tej chwili podniósł głowę i popatrzył w jej stronę. Delikatnie uśmiechnęła się i pomachała. Odwzajemnił gest, a oni ruszyli. Jak to niespodziewanie można wpaść na miłe osoby. Ale czy na pewni dobrze zrobiła, że dała mu numer? Mogła zostawić ich znajomość przed autobusem i miała by miłe wspomnienia z tego dnia. Daj znać jak dojedziesz ;) Józek Wiadomość wyświetliła się na jej telefonie. To miłe, że się o nią troszczy. Mają swoje numery, to już chyba znaczy, że na dłużej będą mieć kontakt, a nie porzucenie bez słowa. Było to już ponad 2 miesiące temu, a ją dalej trochę boli. Obiecała sobie, że by następnej takiej sytuacji będzie ostrożna. Ale jak widać, nie wyszło. Nikomu o tym nie powiedziała, nawet swojej przyjaciółce. Nie chciała zawracać jej głowy kolejną błahostką.
Ale może teraz, dzięki Józkowi zapomni o tamtym. Chciałaby bardzo. Na szczęście jego osoba już jest słabym wspomnieniem. Dała się porwać w wir nauki i nie zwraca uwagi na nic innego. Pisze pracę magisterską, co też zabiera sporo czasu i nie ma miejsca na jakieś nie potrzebne rozmyślania. Chce o nim zapomnieć, na sto procent. Jest już tego pewna. Wymaże te wspomnienie z pamięci i takiego kogoś jak Michał nie zna. Koniec.
poniedziałek, 24 września 2018
Rozdział 3
W końcu mogła się porządnie wyspać w swoim łóżku. Jednak trudno było znaleźć odpowiednią pozycję, żeby nie zahaczyć o pięty. Przeciągnęła się mocno i sięgnęła po telefon. 10:12. Nieprzypomina sobie kiedy ostatnio tak długo spała. Połączyła się z internetem i weszła na facebooka. Tylko jakieś dwa powiadomienia. Zrobiło jej się przykro. Ale co ona sobie myślała? Teraz uzmysłowiła sobie, jak wielki błąd popełniła. Żałuje tego co zrobiła. Spała z obcym facetem. Wszyscy z jej jednostki to widzieli. On może to rozgadać wszystkim w państwówce i wtedy będzie o niej głośno. Jak mogła pozwolić sobie na tak gówniane zachowanie? Zrobiło jej się słabo i miała pełno obaw. Chyba już zawsze będzie unikała strażaków z państwówki. Jest jej wstyd. Przwijała wpisy, ale nic nie było ciekawe.
- Jedziemy zaraz na zakupy. Jedziesz z nami? - do pokoju weszła mama
- No mogę pojechać. - mruknęła
- To raz, raz.
Przeciągnęła się mocno i wstała. Ospale podeszła do szafki i wybierała ciuchy. Jak zwykle nie wiedziała co założyć. Odsłoniła roletę i przywitały ją promienie słońca. Czyli jest ciepło. Wzięła swoje jasne, krótkie spodenki i do tego czarną koszulkę.
Będąc w mieście rozglądała się na wszystkie strony, bo miała nadzieję że go zobaczy. Chociaż wiedziała, że był to wielki błąd, to pragnęła go zobaczyć.
Kupiła sobie bluzę i koszulkę. Przy wyjściu z jednego ze sklepów serce jej stanęło. Ta postawa i krótkie ciemne włosy. Szybko wyciągnęła telefon i udawała, że coś robi. On odwrócił się w jej stronę. Spojrzała w jego stronę i delikatnie się uśmiechnęła. Odwzajemnił gest i poszedł dalej. Odetchnęła z ulgą, że to był jakiś inny mężczyzna. Czy teraz wszystko będzie kręciło wokół niego? Dobrze, że na stopach miała klapki. Z resztą innych butów by nie założyła. Było jej wstyd chodzić z wielkimi plastrami, ale cóż... Boli ją jak chodzi, rozrywała się ta błonka, która zdążyła się wytworzyć i tak w kółko. Wcześniej zakończyła ekspedycję po sklepach i wróciła do samochodu. Tam mogła wygodnie się rozłożyć i odpocząć. Mogła sobie jednak darować te zakupy. Po samochodzie rozeszły się pierwsze dźwięki "The Other side"piosenki z jej ulubionego musicalu - ,,Król rozrywki". Uwielbia go, bo główną rolę tam gra jej ulubiony aktor - Hugh Jackman. Uwielbia tego mężczyznę. Mimo swoich lat jest przystojny, jest dobrym człowiekiem, no i wspaniałym aktorem. Wyświetlił jej się nieznany numer. Przeciągnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła telefon do ucha.
- Halo?
- Dzień dobry Emilko. Z tej strony pani Marysia. - usłyszała głos kobiety
- A dzień dobry. - przywitała się radośnie
- Przepraszam, że tak dzwonię, ale mam sprawę. Bo mój wnuk ma dzisiaj urodziny, a kompletnie zapomnieliśmy o torcie. A wiem, że robisz pyszne i śliczne torty, więc dzwonię do Ciebie. Trochę późno się obudziłam...
- Nie, nie. Dobrze. Nie mam nic do roboty, więc coś się wymyśli. - uśmiechnęła się do siebie - Tylko proszę mi powiedzieć jaki smak, wielkość i jak ma wyglądać.
- Ratujesz mi życie ! - odetchnęła z ulgą - Hmmm może coś z owocami ?
- Nie ma problemu. Właśnie jestem na zakupach, więc wszystko będę miała.
- No to fajnie. Nie musi być wielki, tak gdzieś na 20 osób. Mały lubi samochody i samoloty.
- Okej. A jak ma na imię i ile lat?
- Wiktor, 5 lat.
- Dobrze. Będzie gdzieś tak na 16, może być?
- Jak najbardziej! Dziękuję Ci bardzo! - słychać że była zadowolona - A, a ile będzie kosztował?
- Hmm. - zamyśliła się - 50 zł.
- Tak mało? Pogadamy później, bo teraz się śpieszę. Dziękuję Ci jeszcze raz Emilko.
- Nie ma sprawy. Do widzenia. - rozłączyła się
No to ma robotę na południe. Jej pasją jest też właśnie pieczenie ciast, czy robienie tortów. Uwielbia robić figurki z masy. Ludzie ją chwalą i niby jej prace są genialne. Ona nie dość, że robi to co lubi, to jeszcze dostaje za to pieniądze. Ma bardzo niskie ceny, bo nie chce zdzierać z ludzi i chce, żeby każdy mógł sobie na to pozwolić. To co bierze spokojnie pokrywa koszty produktów i jeszcze jej zostaje za robociznę. Wie, że takie torty chodzą po ponad 100 zł i też by mogła tak brać, ale po co?
Akurat rodzice wrócili do samochodu.
- Muszę kupić jeszcze kilka owoców. - oznajmiła im
- Okej, to zatrzymamy się koło tego sklepu co zawsze. - uśmiechnęła się mama
- Będę robiła tort dla pani Marysi.
- O, a co to za okazja ?
- Urodziny wnuka.
Mama i pani Marysia to dobre koleżanki. Często się odwiedzają, a jest okazja jeżdżą gdzieś razem na imprezy.
Wróciła do domu i od razu poszła do pokoju. Przebrała się w dresy, a stopy zostawiła bose. Musi uważać na te pięty. Oczywiście kuchnia nie lśniła czystością, bo jej młodszy brat robił sobie śniadanie.
- Robercik. - uchyliła drzwi do jego pokoju. - Dlaczego nie posprzątałeś po sobie?
Leżał na łóżku i czytał książkę. Przeniósł na nią wzrok i odetchnął głęboko.
- Chyba zapomniałem. - odparł i wrócił do czytania
- Śmigaj mi to posprzątać i to już. - pokazała palcem
- Zaraz, tylko dokończę.
Westchnęła i zamknęła drzwi. Jak zwykle musi sama o to zadbać. Jakby miała na niego czekać, nigdy by się nie wyrobiła z tortem. Kochała bardzo swoich braci. Robert młodszy o 5 lat nie jest taki jak dzisiejsza młodzież. Nie dąży do tego, żeby być fajnym i wszyscy go lubili, nie pali, pije z umiarem, ubiera się normalnie, a nie jak jakieś panienki. Wiecznie uśmiechnięty, nie wstydzi się jej, wręcz przeciwnie. Lubi z nią spędzać czas, są bardzo z sobą zżyci. Cała ich trójka taka jest. Tylko że starszy od niej o 2 lata Andrzej wyprowadził się od nich rok temu, po tym jak wziął ślub z Agatą. Mieszkają kilka wiosek dalej i bardzo często się odwiedzają. Mają roczną córeczkę Weronikę. Jest taka słodka. Rodzice mają świra na jej punkcie, jest ich oczkiem w głowie.
Posprzątała kuchnię i wzięła się do pracy. Już z automatu wiedziała ile jakich składników do różnych typów ciasta.
- Pomóc Ci. - podszedł do niej Robert.
Przeraziła się jak ten czas szybko leci. Dopiero co był pulchniutkim chłopaczkiem z gimnazjum, a teraz to wysoki, przystojny chłopak. Sięgała mu do klatki piersiowej. Tylko ona jest jakaś taka niska.
- Jak Ci się che. - puściła mu oczko
- Wiesz, że lubię Ci pomagać. - poczochrał jej włosy - A przy okazji trochę podjem.
- A tylko spróbuj! - trzepnęła go szmatką po tyłku
On odskoczył z rozbawieniem i złapał się za mikser.
- Mów jak tam na pożarze było. Słyszałem, że ostro dostałaś po dupie. - uśmiechnął się
- Masakra. - ożywiła się - Musieliśmy zapierdzielać pod stromą górę ponad kilometr! Myślałam, że nie dam rady. No ale jakoś się wczłapaliśmy. Już wtedy miałam całe pięty obdarte. - podniosła nogę, żeby mu pokazać
- Łoo! - zrobił wielkie oczy i przyglądał się uważnie - Masakra!
- No. - stanęła normalnie - I tam byli już inni. Nic szczególnego do roboty tam nie było. Głównie pilnowaliśmy i się wylegiwaliśmy. - zaśmiała się - Byliśmy podzieleni na pary i w nich działaliśmy.
- Z kim byłaś?
Przyszła fala bólu. Chciała o nim zapomnieć, nic nie mówić. Było jej wstyd. Nie chciała dać po sobie poznać, że coś nie tak.
- A z takim jednym z państwówki. - mruknęła
- Którym ?
Zapomniała, że Robert praktycznie zna ich tam wszystkich. On to jest zapaleniec na punkcie straży. Zawsze brał udział w konkursach wiedzy pożarniczej i zachodził bardzo daleko. Raz nawet był na etapie ogólnopolskim. Tam zajął 5 miejsce na 16. Nadaje się naprawdę do tego. W lipcu skończył kurs podstawowy i może razem z nimi jeździć na akcje. Próbował się dostać do szkoły strażackiej, ale niestety zabrakło mu trochę na sprawnościowych testach. Po tym ostro wziął się do pracy i ćwiczy codziennie. Zależy mu na tym, żeby być zawodowym strażakiem, kocha to, z resztą jak ona. Ma znajomych w pobliskiej państwówce, a szczególnie jednego, który trochę mu pomaga. Bardzo często o nim mówi, a ona dalej go nie poznała.
- Michałem. - szybko zamrugała, żeby żadna łza nie zdążyła opuścić kącików oczu.
- Hmmm, jest ich kilku. Ale ich raczej nie znam.
No i chwała Panu - pomyślała sobie w duchu.
- Na następny dzień dali nas gdzie indziej i tam to była jazda. Pożar taki, że masakra. Tam latałam z wężem albo tłumicą. No i potem znowu musieliśmy iść pod tą górę. Ale watro było. - uśmiechnęła się
- Że mnie akurat nie było. - posmutniał - Taka akcja. Jak zwykle, nie ma mnie, to coś musi się dziać.
- Oj daj spokój. Jeszcze się najeździsz.
- Ta. - westchnął
- Kochany jesteś. - pogłaskała go po głowie - Dziękuję.
- Spoko siostra.
Gdy on robił ciasto na biszkopt, ona mogła już się wziąć za masę. Pójdzie szybciej niż myślała. Najwyżej zadzwoni do pani Marysi, jak już będzie gotowy.
- Zjadłbym pizze. - jęknął
- Ja też. - rozmarzyła się
Zapadła cisza. Chyba oboje mieli przed oczami ciągnący się ser i pyszny smak.
- Pojedziemy później. - otrząsnęła się - Dawno nie byliśmy, to cię zabiorę.
Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech i zaśmiał się szyderczo.
Jak się spodziewała tort był już gotowy po 15.
- Jedziemy? - wyrwał ją z rozmyślania
- Gdzie? - zmarszczyła brwi
- No na pizze.
- A. - pokiwała głową - No tak. Czekaj, tylko się przebiorę. Zapytaj rodziców, czy nie chcą jechać.
- Nie chcą, pytałem.
- No to szykuj się i jedziemy. - oznajmiła i zmieniała ciuchy
Oczywiście na pizzy było dużo śmiechu. Oboje dobrze się dogadują i wiecznie z czegoś mają "pompę". Czasami czuje się jak jego młoda siostra. On naprawdę jest już dojrzały i potrafi się zachować. Ma poukładanie w głowie, a nie jak większość w jego wieku. Jednak często da się odczuć, że to młodszy braciszek. Zawsze jest z niego dumna. Opiekuje się nim jak tylko może. Chce być przy nim blisko i żeby wiedział, że zawsze może na nią liczyć i o wszystkim powiedzieć. Jest taką przyjaciółką.
- Szkoda, że Andrzej nie mógł przyjechać. - westchnął
Młody zawsze podziwiał starszego brata, był jego autorytetem. Zawsze jak gdzieś razem wchodzą, to wiadomo że będzie wesoło. Kocha ich bardzo.
Podjechali pod tom, a tu dźwięk syreny. Popatrzył na nią i szeroko się uśmiechnął. Szybko wysiedli i pobiegli do remizy. Niestety nie mieli przy sobie kluczy i musieli czekać na innych. Jako pierwszy był Piotrek. Otworzył garaż i zgłosił się. Usłyszeli, że pożar traw. Zjeżdżali się kolejni, a oni spokojnie się przebierali. Ona wzięła do ręki plastry i chusteczki i szybko poleciała do wozu. Była pierwsza. Ściągnęła buty i szybkimi ruchami robiła sobie opatrunek. Mocno ją to bolało, ale to jest silniejsze.
Na miejscu było sporo ognia, więc Piotrek wezwał wsparcie. Usłyszeli, że państwówka zaraz powinna być. Jej zrobiło się słabo, a żołądek zacisnął. Wzięła się za rozwijanie szybkiego natarcia i nie myślała, co zaraz tu się stanie. Była zaraz koło Roberta i pomagała mu przesuwać węża. Serio to jest bardzo ciężkie i w jedną osobę nie da się z nim poruszać. Na horyzoncie zobaczyła niebieskie światła i czerwony wóz. 'Proszę, tylko nie on, proszę tylko nie on' - modliła się w duchu. Na szczęście oni podjechali od drugiej strony i byli daleko. Próbowała wypatrzeć, czy jest, ale było to bardzo trudne.
- Podjedziemy do nich. - zarządził Piotrek, gdy zagasili koło siebie wszystko
Posłusznie zwinęli natarcie i wsiedli do wozu. Podjechali do nich i wysiedli. Od razu poszła do natarci i nie zwracała na nich uwagi. Nie odwracała się w ich stronę i unikała jak tylko mogła. Niestety musiało dojść do tego, że ugasili pożar i podeszli do siebie. Nerwowo patrzyła po wszystkich, ale na szczęście jego nie było. Z uśmiechem podawała każdemu rękę, a oni odpowiadali tym samym. Zawsze ma fory u chłopów.
- Jedziemy zaraz na zakupy. Jedziesz z nami? - do pokoju weszła mama
- No mogę pojechać. - mruknęła
- To raz, raz.
Przeciągnęła się mocno i wstała. Ospale podeszła do szafki i wybierała ciuchy. Jak zwykle nie wiedziała co założyć. Odsłoniła roletę i przywitały ją promienie słońca. Czyli jest ciepło. Wzięła swoje jasne, krótkie spodenki i do tego czarną koszulkę.
Będąc w mieście rozglądała się na wszystkie strony, bo miała nadzieję że go zobaczy. Chociaż wiedziała, że był to wielki błąd, to pragnęła go zobaczyć.
Kupiła sobie bluzę i koszulkę. Przy wyjściu z jednego ze sklepów serce jej stanęło. Ta postawa i krótkie ciemne włosy. Szybko wyciągnęła telefon i udawała, że coś robi. On odwrócił się w jej stronę. Spojrzała w jego stronę i delikatnie się uśmiechnęła. Odwzajemnił gest i poszedł dalej. Odetchnęła z ulgą, że to był jakiś inny mężczyzna. Czy teraz wszystko będzie kręciło wokół niego? Dobrze, że na stopach miała klapki. Z resztą innych butów by nie założyła. Było jej wstyd chodzić z wielkimi plastrami, ale cóż... Boli ją jak chodzi, rozrywała się ta błonka, która zdążyła się wytworzyć i tak w kółko. Wcześniej zakończyła ekspedycję po sklepach i wróciła do samochodu. Tam mogła wygodnie się rozłożyć i odpocząć. Mogła sobie jednak darować te zakupy. Po samochodzie rozeszły się pierwsze dźwięki "The Other side"piosenki z jej ulubionego musicalu - ,,Król rozrywki". Uwielbia go, bo główną rolę tam gra jej ulubiony aktor - Hugh Jackman. Uwielbia tego mężczyznę. Mimo swoich lat jest przystojny, jest dobrym człowiekiem, no i wspaniałym aktorem. Wyświetlił jej się nieznany numer. Przeciągnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła telefon do ucha.
- Halo?
- Dzień dobry Emilko. Z tej strony pani Marysia. - usłyszała głos kobiety
- A dzień dobry. - przywitała się radośnie
- Przepraszam, że tak dzwonię, ale mam sprawę. Bo mój wnuk ma dzisiaj urodziny, a kompletnie zapomnieliśmy o torcie. A wiem, że robisz pyszne i śliczne torty, więc dzwonię do Ciebie. Trochę późno się obudziłam...
- Nie, nie. Dobrze. Nie mam nic do roboty, więc coś się wymyśli. - uśmiechnęła się do siebie - Tylko proszę mi powiedzieć jaki smak, wielkość i jak ma wyglądać.
- Ratujesz mi życie ! - odetchnęła z ulgą - Hmmm może coś z owocami ?
- Nie ma problemu. Właśnie jestem na zakupach, więc wszystko będę miała.
- No to fajnie. Nie musi być wielki, tak gdzieś na 20 osób. Mały lubi samochody i samoloty.
- Okej. A jak ma na imię i ile lat?
- Wiktor, 5 lat.
- Dobrze. Będzie gdzieś tak na 16, może być?
- Jak najbardziej! Dziękuję Ci bardzo! - słychać że była zadowolona - A, a ile będzie kosztował?
- Hmm. - zamyśliła się - 50 zł.
- Tak mało? Pogadamy później, bo teraz się śpieszę. Dziękuję Ci jeszcze raz Emilko.
- Nie ma sprawy. Do widzenia. - rozłączyła się
No to ma robotę na południe. Jej pasją jest też właśnie pieczenie ciast, czy robienie tortów. Uwielbia robić figurki z masy. Ludzie ją chwalą i niby jej prace są genialne. Ona nie dość, że robi to co lubi, to jeszcze dostaje za to pieniądze. Ma bardzo niskie ceny, bo nie chce zdzierać z ludzi i chce, żeby każdy mógł sobie na to pozwolić. To co bierze spokojnie pokrywa koszty produktów i jeszcze jej zostaje za robociznę. Wie, że takie torty chodzą po ponad 100 zł i też by mogła tak brać, ale po co?
Akurat rodzice wrócili do samochodu.
- Muszę kupić jeszcze kilka owoców. - oznajmiła im
- Okej, to zatrzymamy się koło tego sklepu co zawsze. - uśmiechnęła się mama
- Będę robiła tort dla pani Marysi.
- O, a co to za okazja ?
- Urodziny wnuka.
Mama i pani Marysia to dobre koleżanki. Często się odwiedzają, a jest okazja jeżdżą gdzieś razem na imprezy.
Wróciła do domu i od razu poszła do pokoju. Przebrała się w dresy, a stopy zostawiła bose. Musi uważać na te pięty. Oczywiście kuchnia nie lśniła czystością, bo jej młodszy brat robił sobie śniadanie.
- Robercik. - uchyliła drzwi do jego pokoju. - Dlaczego nie posprzątałeś po sobie?
Leżał na łóżku i czytał książkę. Przeniósł na nią wzrok i odetchnął głęboko.
- Chyba zapomniałem. - odparł i wrócił do czytania
- Śmigaj mi to posprzątać i to już. - pokazała palcem
- Zaraz, tylko dokończę.
Westchnęła i zamknęła drzwi. Jak zwykle musi sama o to zadbać. Jakby miała na niego czekać, nigdy by się nie wyrobiła z tortem. Kochała bardzo swoich braci. Robert młodszy o 5 lat nie jest taki jak dzisiejsza młodzież. Nie dąży do tego, żeby być fajnym i wszyscy go lubili, nie pali, pije z umiarem, ubiera się normalnie, a nie jak jakieś panienki. Wiecznie uśmiechnięty, nie wstydzi się jej, wręcz przeciwnie. Lubi z nią spędzać czas, są bardzo z sobą zżyci. Cała ich trójka taka jest. Tylko że starszy od niej o 2 lata Andrzej wyprowadził się od nich rok temu, po tym jak wziął ślub z Agatą. Mieszkają kilka wiosek dalej i bardzo często się odwiedzają. Mają roczną córeczkę Weronikę. Jest taka słodka. Rodzice mają świra na jej punkcie, jest ich oczkiem w głowie.
Posprzątała kuchnię i wzięła się do pracy. Już z automatu wiedziała ile jakich składników do różnych typów ciasta.
- Pomóc Ci. - podszedł do niej Robert.
Przeraziła się jak ten czas szybko leci. Dopiero co był pulchniutkim chłopaczkiem z gimnazjum, a teraz to wysoki, przystojny chłopak. Sięgała mu do klatki piersiowej. Tylko ona jest jakaś taka niska.
- Jak Ci się che. - puściła mu oczko
- Wiesz, że lubię Ci pomagać. - poczochrał jej włosy - A przy okazji trochę podjem.
- A tylko spróbuj! - trzepnęła go szmatką po tyłku
On odskoczył z rozbawieniem i złapał się za mikser.
- Mów jak tam na pożarze było. Słyszałem, że ostro dostałaś po dupie. - uśmiechnął się
- Masakra. - ożywiła się - Musieliśmy zapierdzielać pod stromą górę ponad kilometr! Myślałam, że nie dam rady. No ale jakoś się wczłapaliśmy. Już wtedy miałam całe pięty obdarte. - podniosła nogę, żeby mu pokazać
- Łoo! - zrobił wielkie oczy i przyglądał się uważnie - Masakra!
- No. - stanęła normalnie - I tam byli już inni. Nic szczególnego do roboty tam nie było. Głównie pilnowaliśmy i się wylegiwaliśmy. - zaśmiała się - Byliśmy podzieleni na pary i w nich działaliśmy.
- Z kim byłaś?
Przyszła fala bólu. Chciała o nim zapomnieć, nic nie mówić. Było jej wstyd. Nie chciała dać po sobie poznać, że coś nie tak.
- A z takim jednym z państwówki. - mruknęła
- Którym ?
Zapomniała, że Robert praktycznie zna ich tam wszystkich. On to jest zapaleniec na punkcie straży. Zawsze brał udział w konkursach wiedzy pożarniczej i zachodził bardzo daleko. Raz nawet był na etapie ogólnopolskim. Tam zajął 5 miejsce na 16. Nadaje się naprawdę do tego. W lipcu skończył kurs podstawowy i może razem z nimi jeździć na akcje. Próbował się dostać do szkoły strażackiej, ale niestety zabrakło mu trochę na sprawnościowych testach. Po tym ostro wziął się do pracy i ćwiczy codziennie. Zależy mu na tym, żeby być zawodowym strażakiem, kocha to, z resztą jak ona. Ma znajomych w pobliskiej państwówce, a szczególnie jednego, który trochę mu pomaga. Bardzo często o nim mówi, a ona dalej go nie poznała.
- Michałem. - szybko zamrugała, żeby żadna łza nie zdążyła opuścić kącików oczu.
- Hmmm, jest ich kilku. Ale ich raczej nie znam.
No i chwała Panu - pomyślała sobie w duchu.
- Na następny dzień dali nas gdzie indziej i tam to była jazda. Pożar taki, że masakra. Tam latałam z wężem albo tłumicą. No i potem znowu musieliśmy iść pod tą górę. Ale watro było. - uśmiechnęła się
- Że mnie akurat nie było. - posmutniał - Taka akcja. Jak zwykle, nie ma mnie, to coś musi się dziać.
- Oj daj spokój. Jeszcze się najeździsz.
- Ta. - westchnął
- Kochany jesteś. - pogłaskała go po głowie - Dziękuję.
- Spoko siostra.
Gdy on robił ciasto na biszkopt, ona mogła już się wziąć za masę. Pójdzie szybciej niż myślała. Najwyżej zadzwoni do pani Marysi, jak już będzie gotowy.
- Zjadłbym pizze. - jęknął
- Ja też. - rozmarzyła się
Zapadła cisza. Chyba oboje mieli przed oczami ciągnący się ser i pyszny smak.
- Pojedziemy później. - otrząsnęła się - Dawno nie byliśmy, to cię zabiorę.
Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech i zaśmiał się szyderczo.
Jak się spodziewała tort był już gotowy po 15.
- Jedziemy? - wyrwał ją z rozmyślania
- Gdzie? - zmarszczyła brwi
- No na pizze.
- A. - pokiwała głową - No tak. Czekaj, tylko się przebiorę. Zapytaj rodziców, czy nie chcą jechać.
- Nie chcą, pytałem.
- No to szykuj się i jedziemy. - oznajmiła i zmieniała ciuchy
Oczywiście na pizzy było dużo śmiechu. Oboje dobrze się dogadują i wiecznie z czegoś mają "pompę". Czasami czuje się jak jego młoda siostra. On naprawdę jest już dojrzały i potrafi się zachować. Ma poukładanie w głowie, a nie jak większość w jego wieku. Jednak często da się odczuć, że to młodszy braciszek. Zawsze jest z niego dumna. Opiekuje się nim jak tylko może. Chce być przy nim blisko i żeby wiedział, że zawsze może na nią liczyć i o wszystkim powiedzieć. Jest taką przyjaciółką.
- Szkoda, że Andrzej nie mógł przyjechać. - westchnął
Młody zawsze podziwiał starszego brata, był jego autorytetem. Zawsze jak gdzieś razem wchodzą, to wiadomo że będzie wesoło. Kocha ich bardzo.
Podjechali pod tom, a tu dźwięk syreny. Popatrzył na nią i szeroko się uśmiechnął. Szybko wysiedli i pobiegli do remizy. Niestety nie mieli przy sobie kluczy i musieli czekać na innych. Jako pierwszy był Piotrek. Otworzył garaż i zgłosił się. Usłyszeli, że pożar traw. Zjeżdżali się kolejni, a oni spokojnie się przebierali. Ona wzięła do ręki plastry i chusteczki i szybko poleciała do wozu. Była pierwsza. Ściągnęła buty i szybkimi ruchami robiła sobie opatrunek. Mocno ją to bolało, ale to jest silniejsze.
Na miejscu było sporo ognia, więc Piotrek wezwał wsparcie. Usłyszeli, że państwówka zaraz powinna być. Jej zrobiło się słabo, a żołądek zacisnął. Wzięła się za rozwijanie szybkiego natarcia i nie myślała, co zaraz tu się stanie. Była zaraz koło Roberta i pomagała mu przesuwać węża. Serio to jest bardzo ciężkie i w jedną osobę nie da się z nim poruszać. Na horyzoncie zobaczyła niebieskie światła i czerwony wóz. 'Proszę, tylko nie on, proszę tylko nie on' - modliła się w duchu. Na szczęście oni podjechali od drugiej strony i byli daleko. Próbowała wypatrzeć, czy jest, ale było to bardzo trudne.
- Podjedziemy do nich. - zarządził Piotrek, gdy zagasili koło siebie wszystko
Posłusznie zwinęli natarcie i wsiedli do wozu. Podjechali do nich i wysiedli. Od razu poszła do natarci i nie zwracała na nich uwagi. Nie odwracała się w ich stronę i unikała jak tylko mogła. Niestety musiało dojść do tego, że ugasili pożar i podeszli do siebie. Nerwowo patrzyła po wszystkich, ale na szczęście jego nie było. Z uśmiechem podawała każdemu rękę, a oni odpowiadali tym samym. Zawsze ma fory u chłopów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)